PAKISTAN cz.2 (01.11 – 06.12.2005) Peshawar i Pasztuni. Esencja goscinnosci muzulmanskiej. Tu zaczyna sie nasza przyjazn z Alim i jego rozbojnikami. Tu zostajemy porwani wprost z halasliwych ulic, by odbyc niekonczaca sie wedrowke, z domu do domu, od bramy ogrodu Alego, przez ogrody jego rodziny, przyjaciol, rodziny przyjaciol, przyjaciol rodziny …
Wedrujac ciasnymi zaulkami zastanawiamy sie, czy liczne stragany z przekaskami, nie naruszaja zasad Ramadanu. Wyglada na to, ze w duzych miastach ludzie podjadaja miedzy switem a zmierzchem. Skrycie, bo na ulicach nikt nie osmiela sie lamac regul, a jednak koleki przy straganach imponuja.
Trzeciego dnia konczy sie Ramadan i zaczyna swieto Eid. Nie sposob przeoczyc zmian. Wszystko zamkniete, cichymi ulicami, swiatecznym krokiem, przechadzaja sie cale rodziny. Szarawe tradycyjne ubrania zamienily sie w bajecznie kolorowe stroje. Na dloniach kobiet wykwitaja malowane henna ogrody. Na twarzach wystrojonych jak ksiezniczki dziewczynek - makijaze. Podzwaniaja dziesiatki szklanych, kolorowych bransoletek, siegajacych czasem od nadgarstka po lokiec.
Po starowce, wolnej od nieznosnego halasu i chaotycznego ruchu oslow, motocykli i riksz, biegaja rozradowane dzieci, mierzac do nas z plastikowych karabinow i korkowych pistoletow. To najpopularniejszy swiateczny prezent.
W parku archeologicznym pozujemy cierpliwie do zdjec ze studentami i dziecmi. Wypisujemy malcom na rekach swoje imiona na „wieczna” pamiatke i wreszcie popelniamy ten grzech, przed ktorym przestrzegaja przewodniki. Dajemy sie zaprosic na obiad milemu mezczyznie, ktorego przyjaciel ma sklep z antykami. Klasycznie, jak we wspomnianych przewodnikach, mezczyzna wyciaga po obiedzie antyki z szafy, probujac dobic targu. Ale dwa lata podrozy uczulilo nas na takie propozycje i nauczylo odmawiac z wdziekiem.
Kiedy gospodarz daje sie wreszcie przekonac, ze nie zamierzamy handlowac antykami, pryska cala podszywana podstepem atmosfera i rozpoczynamy zwyczajna frateriade. Mezczyzna przyjal w sekrecie religie chrzescijanska. Usiluje wyemigrowac do Austrii, gdzie moglby praktykowac wolny od przesladowan i wziac sobie druga zone.
Zaciesniamy znajomosc. Na stol wedruje butelka wina, zona nieswiadoma zagranicznych planow malzonka, ozdabia mi rece henna. Pojawia sie paczuszka-prezent z malymi, antycznymi figurkami i wreszcie przybywa wyluzowany Fayaz.
Kolejnego dnia udajemy sie jeszcze z wizyta do wioskowego bosa, trzesacego wykopaliskowym przemytem, zeby poudawac zainteresowanie antykami, co ma rzekomo podbudowac autorytet naszych nowych przyjaciol. Po kolejnych atakach, odpartych zapewnieniami, ze znajdziemy nabywcow na tysiacletnie popiersia bez glowy, jednorekich lub beznogich Buddow i inne cuda Gandary, boss wioskowy odklada interesy na bok i raczy nas obiadem, zakrapianym „Mecca Cola”. Po zmroku, w konspiracyjnej atmosferze, dopuszcza nas jescze do swej najwiekszej tajemnicy - zalegajacej polowe piwnicy kamiennej rzezby Buddy. Kolosalna postac robi na nas kolosalne wrazenie, a cena, ktorej bos oczekuje za ow skarb, oglupia iloscia zer. Zapewniajac obludnie, ze na pewno rozejrzymy sie za kupcem-koneserem, zegnamy bosa i wszystkich jego braci, synow, sasiadow, a ja trzy zony, kilka corek i kilkanascie wnuczat, przybylych do domu ojca ze swiateczna wizyta, a ukrytych starannie przed lubieznym okiem nieznanych gosci plci brzydkiej.
Po drodze walkujemy ulubiony temat muzulmanow, a wiec religie, obyczaje i polityke. Fayaz nasmiewa sie z wiejskiego zwyczaju chowania kobiet pod burka. On swojej przyszlej zony nie bedzie ukrywal. „Niech widza jaka jest piekna i ze nalezy wlasnie do mnie” – mowi. Spieramy sie jeszcze o to czy stworzono kobiete dla mezczyzny, czy dla niej samej. Fayaza popiera wersja starobiblijna, mnie nieco pozniejsze trendy, wiec za zrozumialych wzgledow nie osiagamy kompromisu.
Fayaz zaprasza nas na kolacje do swego pieknego, wielkiego domu, z ogrodem pelnym ptakow, z wielkim salonem, piecioma siostrami i dwoma bracmi. Najmlodszy z nich, student nauk politycznych meczy nas trudnymi rozmowami, ale z ognia krzyzowych pytan oswabadza nas sredni z braci – Ali, namawiajac na butelke wina afrykanskiego i na wyjazd do Kohatu, na wesele przyjaciela. Poddajemy sie natychmiast.
W drodze do Kohatu Ali zatrzymuje sie przy posterunku policyjnym i obsciskujac sie swojsko z dwoma uzbrojonymi w „Kalasznikowy” funkcjonariuszami, demonstruje przyjazne nastawienie wladzy. Wjezdzamy w strefe wplywow mniejszosci narodowych, nieskutecznie kontrolowana przez panstwo. Zatrzymujemy sie w niedostepnej dla obcokrajowcow wiosce slynacej z chalupniczego wyrobu doskonalych kopii wszelkich rodzajow broni a takze haszyszu. Obydwa nielegalne produkty zuchwale wypelniaja witryny i polki przydroznych sklepikow.
Niewielki, rozpostarty szeroko w dolinie Kohat, wciska sie wraz z baza wojskowa w panorame niewysokich gor, za ktorymi rozpoczynaja sie wplywy plemienne.
Podjezdzamy do domu weselnego, a raczej pod dwa domy, bo dla kobiet i mezczyzn urzadzono, zgodnie z surowo przestrzegana na wsi tradycja, oddzielne przyjecia w sasiadujacych budynkach. Dwie imprezy rozdziela szczelny parawan. Podjezdzaja samochody, wyskakuja duchy w burkach i chustach, odslaniajacych jedynie skromnie opuszczone powieki. Duchy, nie rozgladajac sie na boki, pedza prosto do zenskiej czesci, gdzie po chwili i ja zostaje wepchnieta, po uprzednim delikatnym, ale stanowczym oddzieleniu od Wojtka.
A za parawanem zatyka mnie z wrazenia. Duchy zrzycaja szare burki i chusty, zamieniajac sie w ksiezniczki w przepysznie zdobionych strojach, o tradycyjnym kroju wprawdzie, ale we wszelkich kolorach teczy, obwieszone zlota azurkowa bizuteria. Choc „azurkowa” to niewlasciwe slowo, bo kojarzy sie z czyms lekkim, a przeciez zebralo sie tu, pod jednym dachem, kilkanascie, a moze i killkadziesiat kilogramow zlota.
W oszalamiajacej czerwonej sukni, przyozdobiona slubna bizuteria, w przepieknym mendi i makijazu, na przystrojonej atlasami, kwiatami i swiecidelkami miniaturowej scenie, siedzi nieruchomo, z wbitym w podloge spojrzeniem panna mloda o wdziecznym imieniu Aisza. Siedzi smutna i choc takiej postawy wymaga tradycja, nie mozna sie oprzec wrazeniu, ze rzeczywiscie jest smutna.
Wlasnie wyrwano ja z rodzinnego domu. Wieczorem po raz pierwszy zobaczy przyszlego meza - Nomi, a po trzech dniach zostanie zabrana do domu jego ojca i tam pozostanie do konca zycia. Aisza widziala fotgrafie Nomi. Jemu wystarczyc musialy rekomendacje siostry, przyjazniacej sie z Aisza od dziecka i zapewnienia rodzicow, ktorzy brali udzial w zaaranzowaniu malzenstwa.
Po zaserwowanym, zgodnie z muzulmanskim zwyczajem, na podlodze i bez sztuccow posilku, przenosimy sie do domu kuzyna Alego - Tashfeena. Znow zostajemy rozdzieleni. Wchodzimy do ogrodu oddzielnymi furtkami, do odzielnych czesci domu, Wojtek do krolestwa mezczyzn, a ja do krolestwa kobiet, gdzie dostep dla plci meskiej ogranicza sie do najblizszych krewnych i dzieci.
W olbrzymim domu mieszka matka, zona, syn Tashfeena i jego siostrzenica. Ale teraz roi sie od pieknych, pulchnych, zgodnie z lokalnym kanonem, siostr i kuzynek, ktore przyjechaly na wesele. Kazdy pokoj ma dwa wyjscia, a w kacie naladowany pistolet lub karabin. W Kohacie kazdy ma bron, bo wszyscy inni ja maja. I kolo sie zapetla.
Tashfeen, czesto wyjezdza, a kobiety musza sie bronic. Z drugiej strony jest mysliwym i kolekcjonerem. Pierwsza strzelbe dostal od ojca na trzynaste urodziny. Teraz swa imponujaca kolekcje trzyma w olbrzymiej szufladzie, zamontowanej pod lozeczkiem rocznego synka.
Dziewczyny ciagna mnie do ogrodu. Gdy wysluchuje zapewnien o uslanym rozami zyciu kobiet w Pakistanie, mali kuzyni przynosza mi owoce i strasza zmijami. „Wcale nie jestesmy nieszczesliwe” – zapewnia najstarsza z panien (24-letnia nauczycielka). „Pod chusta czujemy sie komfortowo, bo mezczyzni sa obsceniczni.” Tych dobrych szukaja im doswiadczeni rodzice, biorac pod lupe cala rodzine kandydata. Dlatego tez najchetniej wybieraja sposrod swoich bratankow i siostrzenic. Kuzyni znaja sie od dziecka, wiec nie dostaja kota w worku, a co najwazniejsze majatek rodowy pozostaje w rodzie. Gdy jednak dochodzi do malzenstwa miedzy dziecmi z roznych rodzin, mlodzi poznaja sie dopiero w dniu slubu. „My nie chcemy widziec przyszlych mezow przed slubem, bo nie bedziemy ich pozniej szanowac” – tlumacza zawile panny. Ale w duzych miastach praktykuje sie oficjalne spotkania przed. Tam tez dochodzi czesciej do „love marriage”, gdy decyduje serce a nie rodzice, co na wsi spotykaja sie z potepieniem. Wszyscy wymawiaja to „love marriage” z dezaprobata, a jednak wszyscy o nim marza.
Dziewczyny wypytuja mnie o zachodnie zwyczaje. Skoro brak separacji plciowej i widujemy tylu mezczyzn, to skad wiemy, ze to wlasnie „ten”. „Zakochujemy sie” – mowie. „No ale skad wiecie, ze to milosc?” – nie daja za wygrana. No i jak mam to wytlumaczyc? „Nigdy nie bylas zakochana?” – pytam najstarsza. „Nie. Kiedys marzylam o milosci, ale mezczyzni to dranie. Nie wierze im. Nie wierze w milosc.” A ja chyba nie wierze tobie kolezanko – mysle sobie. I slusznie, bo juz niedlugo po tej dramatycznej deklaracji, chwyta mnie za reke i prosi szeptem, bym modlila sie o milosc dla niej. I tak powoli zaczynam dotykac innego obszaru, skrywanego gdzies na dnie duszy tych „zadowolonych” ze swego losu dziewczynach.
Wracamy do pokoi. Zaczyna sie kilkugodzinna bieganina miedzy szafami, lustrami i niekwestionowanym ekspertem w dziedzinie mody – elegancka babcia. Fruwaja kolorowe jedwabie, podzwania bizuteria, na twarzach teczowe makijaze. Dostaje odswietny stroj zony Tashfeena. Spodnie sa przykrotkie, pantofelki za male, naszyjnik uwiera, ale nie jest zle.
W domu weselnym bez zmian, tyle, ze teraz slychac muzyke, gdzies zza kotary. Kobiety zrzucaja chusty i ruszaja w tany. Popiskuja, krzycza, tancza w parach, kokietuja sie. Te piekne stroje, fantazyjne makijaze, plasy, wdziek, kobiecosc, moga zaprezentowac jedynie sobie nawzajem. Mezatki tlumacza, ze mezczyzni nie rozumieja, czemu tyle czasu spedzaja przed lustrem, zloszczac sie jedynie, ze musza dlugo czekac. To nie dla nich sie stroja, ale dla siebie. Tak jakby kobiety mialy byc piekne tylko dla kobiet i jakby to piekno docenic potrafily wylacznie kobiety.
Wciagaja mnie te rozplasane rusalki i juz po chwili tancze tak jak one, falujac rekoma i biodrami. Aisza nie tanczy. Zastygla w swym smutku. Zatanczy na cudzym weselu. Nie tancza tez babcie, ale komentuja taniec mlodszych. Pod tym wzgledem naszych kultur nie rozni wiele.
Tance przerywaja posilki i pogaduchy. Aisza znika. Wprowadzaja pana mlodego. Nomi i jego eskorta, to pierwsi mezczyzni na sali od poczatku imprezy. Sadzaja szczesliwca na purpurowej kanapie, w centrum kolorowej sceny i napychaja mu slodyczami usta. Potem prowadza panne mloda. Siada i natychmiast zastyga.
Mlodzi nie patrza na siebie otwarcie. Ale on zerka na nia z ukosa i jakos nie moze ulozyc ust w ksztalt tradycyjnego smutku. Blaka mu sie na nich nieprzyzwoity, figlarny usmieszek.
Wszystkie ciotki wyskakuja z aparatami, wiec i ja biegne, ale Nomi mi nie pozwala. Tak, ten jej niebawem kupi burke. Zona Tashfeena bierze ode mnie aparat i robi kilka zdjec, proszac jednak by ich nikomu nie pokazywac.
Zabieraja rozanielonego mlodego, Aisza pozostaje na swoim miejscu, nieruchoma jak pomnik, a panie znow ruszaja w tany.
Wojtek ma wiecej szczescia. W meskiej czesci imprezy nikt nie zaslania sie przed obiektywem. Chlopy i chlopcy tancza, rozrabiaja, dowcipkuja i opowiadaja niesamowite historie o niespelnionych milosciach. Podczas studiow ktos mial dziewczyne, ale gdy wrocil do domu, ojciec kazal zenic sie z inna. A na wsi, nieposluszenstwo rodzicom mozna przyplacic glowa. Jeden smialek przyjezdza tu potajemnie do dziewczyny, choc wie, ze jesli rodzina przylapie ich, moga zabic. W zeszlym roku w Kohacie, podczas schadzki, zastrzelono szesc osob.
Nomi mowi, ze podpisal kontrakt slubny zanim zobaczyl Aisze, ale jest zadowolony. „Piekna jest. Poszczescilo mi sie.” – wzdycha z radosci i z ulgi.
Wracamy do Peshawaru, ale po dwoch dniach Ali zabiera nas z hotelu, popedzajac, bo za chwile jedziemy do Kohatu na polowanie. Pakujemy sie po wariacku, a potem przez kilka godzin „opuszczamy” Peshawar, snujac sie po domu Alego. Czas ma tu zupelnie inny wymiar. Przyjezdza Tashfeen. Na pogaduchach i podjadaniu mija kilka kolejnych leniwych godzin i wreszcie wieczorem ruszamy do Kohatu.
W domu Tashfeena dziewczyny witaja mnie cieplo i od drzwi kazasie przebierac w tradycyjny stroj. Koniecznie trzeba jechac na kolejne wesele. Wszyscy nas tam czekaja od dwoch dni.
Trafiamy na obrzadek przygotowania panny mlodej do wyprowadzenia z domu rodzicow. Kuzynki obsiadly ja w kolo i maluja przez kilka godzin. Potem starannie ubieraja. Pod piekna pomaranczowa suknie panna wciaga pantalony szerokie, jak w bajce o Sindbadzie Zeglazu.
Cala jest w skowronkach. Wychodzi za przyjaciela. A wiec to „love marriage”. Podczas sesji fotograficznej dziewcze na prozno proboje wykrzywic usta w grymasie smutku. Kaciki natychmiast uciekaja w gore. Oczy smieja sie serdecznie. I tylko gdy w weselnym orszaku opuszcza dom rodzicow zanosi sie szlochem, ale chyba za glosnym, zeby byl autentyczny. A mlody wpada jak burza, odbiera z rak tesciow plik banknotow, liczy i natychmiast znika.
W domu Tashfeena znow rozmawiamy o milosci. W zbuntowanej nauczycielce cos peklo. Wlasnie otrzymala list od przystojnego kuzyna z propozycja malzenstwa, ale rodzice nie wyrazili zgody, bo nie cierpia jego ojca - lenia i plotkarza. Maja racje, ale wyjasnia mi z blyskiem w oku, ze gdy juz kogos pokocha, to nikt, nawet rodzice, nie zdolaja jej stanac na drodze do szczescia.
Na polowanie mielismy wyruszyc rano, ale znow czas niepostrzezenie przeciaga sie do poludnia. Zajezdzamy wreszcie do wsi Jamal, pod dom miejscowego „land lorda”, przyjaciela Tashfeena. Syn bogacza pracuje w Arabii Saudyjskiej, wiec czcigodny starzec ufundowal wiosce szpital i meczet. Jako cieszaca sie najwiekszym szacunkiem persona, rozstrzyga tez lokalne konflikty, pelniac funkcje ludowego sedziego. Wieczorem przychodza dwaj mezczyzni spierajacy sie o ziemie. Przypomina to sad polubowny, choc nasz gospodarz wladny jest rozstrzygac rowniez drobne sprawy kryminalne. Strony zazwyczaj uznaja werdykt, a jesli ktoras z nich odmawia jego wykonania, druga zwraca sie do sadu panstwowego, ktory zazwyczaj popiera wyrok „ludowy”. Ale sady panstwowe, z uwagi na korupcje, nie ciesza sie w Pakistanie zaufaniem.
Do domu przychodzi cala meska czesc wsi, by przywitac sie z goscmi. Z ulga przyjmuje wiec zaproszenie do chlodnej i spokojnej zenskiej czesci domu. Czuje sie tu jednak jak w akwarium. Po olbrzymich bielonych przestrzeniach przeplywaja kobiety-duchy w bieli, powoli, sennie, rozwlekajac swe codzienne prace do granic mozliwosci.
Po obiedzie ruszamy na polowanie w obstawie wszystkich synow i kilku sasiadow land lorda. Okolica mila, nieco ksiezycowa, jak na stepie. Na horyzoncie gory, a za nimi zle wioski plemienne. Tashfeen biega ze strzelba po wzorzach, aniolowie stroze siedza na skalach, przeczesujac sokolim wzrokiem rozlegle okolice, a my z Alim i Sami’m zabawiamy sie strzelajac w puszki z pistoletu, palac papierosy (co trzydziestoletni chlopcy moga robic tylko w tajemnicy przed ojcem), wcinajac guawy i zartujac.
Zapada zmrok a Tashfeen dalej biega miedzy pagorkami, bo prawdziwy mysliwy nie powraca bez zwierzyny. Slyszymy wreszcie kilka strzalow i zadowolony Tashfeen nadchodzi z ptakiem wielkosci golebia.
Po kolacji, dwunastoosobowa ekipa laduje sie w stara, ale niezawodna Toyote Corolle Tashfeena. Siedem osob do srodka, reszta na dachu i w bagazniku. Jedziemy polowac na kroliki.
Podskakujemy na wyboistej drodze, zjezdzamy na przeorane pola. Reflektory samochodu i latarki przeczesuja krzaki, ale po krolikach ani sladu. Na jednej z polan zatrzymujemy sie wreszcie. Tashfeen biega ze strzelba po ugorach, chlopcy od land lorda przyswiecaja mu latarkami, a my siedzac na masce samochodu, wpatrzeni w rozgwiezdzone niebo, filozofujemy z Alim, rozmawiajac o zyciu, smierci i innych powaznych sprawach. A gdy juz robi sie bardzo powaznie Ali oswiadcza, ze chce sie nauczyc kilku ladnych i nieladnych (tych w szczegolnosci) polskich zwrotow. Udzielamy mu blyskawicznego kursu i przyswaja chlopak blyskawicznie.
Po przeciagnietym do popoludnia poranku, z nareczem prezentow, opuszczamy rodzine z Jamalu i kierujemy nad tame, na ryby i kaczki. Ryby postanowili chlopcy „lowic” dynamitem. Na szczescie dynamitu zabraklo.
Ganiamy wiec za kaczkami nad brzegiem jeziora, a prawde powiedziawszy, to Tashfeen gania ze strzelba, a my gawedzimy z Alim, podozajac powoli sladami mysliwego. Ale tak sie sklada, ze kaczki sa albo za wysoko, albo za daleko. Wracamy wiec do Kohatu z pustymi rekami.
Wyjazd do Peshawaru przeciaga sie do polnocy, bo odbywamy runde po domach kuzynow i przyjaciol Tashfeena. Po prezentacji w czesci meskiej i szklance „Mecca Coli” gospodarze niezmiennie prowadza mnie do zenskiej czesci, na piata, szosta, siodma i kolejne tego dnia kolacje. Otyle malzonki i szczuple jeszcze panny, zadaja coraz to zuchwalsze pytania, bezposrednio, bez owijania w bawelne. Kiedy przesluchanie zaczyna pani ginekolog, umieram ze wstydu, udajac ze nie rozumiem wiekszosci pytan, a podsluchujace panienki pokladaja sie ze smiechu.
Wreszcie zegnamy wszystkich serdecznie. Tashfeen wymusza na nas jednak obietnice jeszcze jednej wizyty w Kohacie. Przyjaciele postanowili zorganizowac pozegnalne przyjecie. Nie wolno nam odmowic.
Dojezdzamy do Peshawaru pozna noca. Ali zabiera nas do swego wielkiego domu, oddaje swoj wielki pokoj i utykamy w nim na kilka leniwych, blogich, rodzinnych dni.
Budzimy sie o dziewiatej z poczuciem winy i odkrywamy, ze dom wciaz jeszcze pograzony jest we snie. Siostrzenice Alego, 9-letnia Jina i 10-letnia Dona, zapadaja na jakas bezobjawowa grype i nie odwiedzaja szkoly juz do ostatniego dnia naszej wizyty.
Rozplywamy sie w goscinnosci, smakolykach, dlugich dyskusjach i zartach.
Siostry Alego nie ukrywaja sie, nie ma tu podzialu na meska i zenska czesc domu. Farishta - projektantka wnetrz, jest niezalezna kobieta, o odwaznych pogladach. „Oczywiscie, ze pakistanskie kobiety nie sa szczesliwe” – mowi w odpowiedzi na moje watpliwosci. „Moga tyle, na ile pozwola im rodzice, a potem mezowie. Sa niewolnicami. Tradycja pakistanska bardzo nas ogranicza. Ja nigdy nie wyjde tu za maz, bo mezczyzni sa zepsuci.” Fariszta miala szczescie urodzic sie w liberalnej rodzinie. Rodzice nie ingeruja w jej prywatne zycie. A jednak nie czuje sie wolna i szczesliwa w Pakistanie. Zamierza wyjechac do Kanady.
Przyrzadzamy polska kolacje, Wojtek pomidorowke, ja nalesniki z serem. Na pietnascie osob. Ojciec Alego zaglada upewnia sie co chwile, ze nie zapomnielismy jak wielka jest rodzina. Po kilkugodzinnych manewrach w kuchni, zasiadamy wreszcie do polskiej wieczerzy. Po pakistansku, na podlodze. Pomidorowka znika blyskawicznie, ale nalesnikow wyszlo jak dla pulku. Fariszta biegnie z polmiskiem czestowac zaprzyjaznionych sasiadow.
Kohat. Wejscie trzecie. Pozegnalne przyjecie.
Przez chwile zostaje z mezczyznami w ogrodzie, przy ognisku, a potem lojalnie oddalam sie do domu, gdzie zonglujac garnkami i talerzami „bawia sie” dziewczyny.
Nomi przyprowadza Aisze w pieknym wieczorowym stroju, polyskujaca slubna bizuteria. Zloto jest ciezkie i niewygodne, ale mloda zona bedzie je nosic jeszcze miesiac, by obwiescic wszystkim swoje zamazpojscie.
Wypytuje piekne i niesmiale dziewcze jak to jest, tak nagle zamieszkac w domu obcego mezczyzny. Mowi, ze bardzo trudno, trzeba sie jednak zaprzyjaznic. A na to potrzeba wiele czasu. Ile? „Dziesiec minut” - podpowiada zona Tashfeena a swiezo upieczona zona wybucha smiechem. Pytam Aisze ile lat ma maz i gdzie pracuje, ale ona nie zdazyla sie jeszcze dowiedziec. Od slubu minal zaledwie tydzien.
Aisza ma teraz „urlop”. W nowym domu odpoczywa, poznaje rodzine, nie musi w niczym pomagac. Nowa rodzina natychmiast ja pokochala, malzonek tez. Wczesniej nie chciala wyjsc za maz, ale juz nie zaluje, bo Nomi jest taki kochajacy.
A jednak wciaz nie potrafi spojrzec na niego smialo. Czasem zerka ukradkiem i wtedy usmiecha sie wstydliwie. Kiedy Tashfeen ustawia ich do pamiatkowego zdjecia, stoja obok siebie jak woskowe figury, nie dotykajac sie.
Kiedy pokazuje im zdjecia z wesela, odkrywam, ze zniknely gdzies te z Aisza. Nomi mowi, ze usunal je z komputera. Juz sie napatrzylam, a kobiety nie moga tu eksponowac swoich twarzy. A wiec nie pomylilam sie. Jest z tych, co ubieraja zony w burke. Aisza poki co cieszy sie z takiej troskliwosci.
W Peshawarze czeka nas mala ceremonia. Ali i Fayaz postanowili przyjac mnie do rodziny. Nakrywaja mi glowe piekna paszminowa chusta a ojciec z matka blogoslawia jak corce. Podobno to stara tradycja muzulmanska. „Teraz, jako siostra, przyjelas na siebie obowiazek znalezienia zon dla moich synow” – mowi powaznie staruszek. Ale chlopcy maja jeszcze piec siostr, wiec odpowiedzialnosc za ewentualne starokawalerstwo rozlozy sie rowno.
Od rana do poznego popoludnia ciagnie sie sesja fotograficzna. Najpierw Jina i Dona. W ogrodzie, z wujkiem Wojtkiem, razem i osobno. Rodzice i cala rodzina we wszelkich konfiguracjach. Potem biegiem do komputera, zeby ocenic rezultaty. Ewentualne poprawki i znow komputer, aparat, komputer, aparat, komputer ...
I wreszcie preza sie przed obiektywem moi nowi bracia, w coraz romantyczniejszych wcieleniach. Usmiechnieci, smutni, zamysleni, swobodni, z kwiatkiem i bez, stojac, siedzac, w stroju tradycyjnym i nowoczesnym. Ali i Fayaz – chlopaki do wziecia.
Dni plyna niepostrzezenie. Kazdego ranka Fariszta wydziera kartki z kalendarza i wreszcie nadchodzi nieuniknione. Czas rozstania.
Ocieramy lzy, zgodnie ze zwyczajem, calujemy sie po rekach, wymieniamy prezety. Z ociaganiem opuszczamy dom, ktory na chwile stal sie naszym domem, rodzine, ktora na chwile stala sie nasza rodzina i przyjaciol, ktorzy pozostana przyjaciolmi na zawsze.
W Multanie wpadamy w kolejne sidla goscinnosci, tym razem esperanckiej. W ksiegarni z literatura religijna i dewocjonaliami poznajemy Abdula, Jawaida i Amira. Brodaty Abdul, nieco zaklopotany, zwraca mi uwage, ze zgodnie z muzulmanska tradycja, kobiety i mezczyzni nie podaja sobie dloni na powitanie. Ale juz po minucie okazuje sie niezwykle cieplym czlowiekiem. Opowiada o swoich wspanialych corkach, wypytuje o Polske. Podarowuje nam ksiazke z sentencjami Mahometa w czterech jezykach: arabskim, urdu angielskim i esperanto. Na wieczna pamiatke i dluga droge.
Opuszczamy ksiegarnie, skladajac Abdulowi obietnice, ze go wkrotce odwiedzimy i udajemy sie do domu Amira, urzednika bankowego, ktory po ciezkiej operacji stal sie nadzwyczaj religijnym i konserwatywnym czlowiekiem. Swoje corki zamierza szybko wydac za maz za synow wlasnego rodzenstwa. Nie podjal jeszcze decyzji, bo ma tak wielu bartankow i siostrzencow, a musi dobrze sprawe rozwazyc, by nie urazic nikogo z rodziny.
Ale sympatycznym dziewczynkom za maz wcale nie spieszno. Starsza, 16-letnia Maria swietnie tanczy, ale tylko wtedy gdy ojciec nie widzi. Chcialaby zostac piosenkarka, ale Amir, dla ktorego wzorem kobiecej skromnosci jest Maria, matka Jezusa, zdecydowal juz, ze corka zostanie projektantka. A raczej wyksztalci ja jedynie w tym kierunku, bo decyzja, czy bedzie mogla pracowac, nalezec bedzie do przyszlego meza.
Bratowa Amira, Iram, podobnie jak niemal wszystkie moje mlode rozmowczynie, zaczyna od wychwalania sytuacji kobiet w Pakistanie, potykajac sie jednak szybko o takie slowa, jak „niewolnice”, czy „nalezymy”. Aranzowane malzenstwa sa idealnym rozwiazaniem. Jesli malzonkowie nie pokochaja sie po slubie, to wypracuja doskonala sztuke kompromisow. Czasem dziewczyny miewaja chlopakow, spotykaja sie z nimi w sekrecie. „Ale nigdy sie nie dotykaja” – natychmiast zastrzega. Tyle, ze kiedy mlodzi sami dokonuja wyboru, powstaje konflikt. Albo kasta sie nie zgadza, albo charakter, stan zamoznosci, czy tez grupa krwi. Milosc to jeszcze nie wszystko.
Wreszcie przyznaje, ze jednak nie chcialaby malzenstwa bez milosci. Nie wyobraza go sobie. Jest szczesliwa? Nie jest szczesliwa? Sama nie wie.
Dziewczyny wciagaja mnie do pokoju i zasypuja dziesiatkami intymnych pytan. Interesuje je wszystko, szczegolnie, zone Amira, starsza ode mnie jedynie o dwa lata. Podczas gdy odpowiadam, Iram wciera mi we wlosy olejek, a Maria maluje rece henna. A jak wyglada tampon? Czy calujemy sie na ulicach? Czy mezczyzni nas zdradzaja i jak wtedy reagujemy? „Zabijamy ich” – odpowiadam, a one chichocza. „A ja znalazlabym sobie kochanka, zeby sie zemscic” – stwierdza po chwili namyslu Iram. „W Pakistanie mezczyzni bardzo czesto miewaja kochanki, albo tez odwiedzaja prostytutki. Kobiety o tym wiedza. Czuja. Milcza.”
Dni w Multanie mijaja na zwiedzaniu meczetow i grobowcow z piekna blekitna ceramika, na odwiedzinach u sasiadow, przyjaciol i roddzin esperantystow, na dlugich rozmowach o religii z Amirem. Ktoregos dnia dochodzi do sporu teologicznego miedzy nim a Jawaidem na temat aniolow, diablow i dzinow. Jawaid gotuje Amirowi krew w zylach posuwajac sie do krytyki Boga. Za nielogiczne postapienie Boga z aniolami, ktorym kazal chylic glowe przed Adamem. Adam wprawdzie przewyzszyl anioly w znajomosci nazw rzeczy, ale byla to jawna niesprawiedliwosc Boga, bo tylko Adama nauczyl, nie dajac aniolom zadnych szans. Kiedy Jawaid stwierdza, ze Bog byl niekonsekwentny, najpierw zabraniajac sie modlic do kogokolwiek innego niz on sam, a potem kazac chylic glowe przed czlowiekiem, Amir smiertlenie urazony opuszcza wlasny pokoj.
Aby zatrzec slady po „skandalicznej” dyskusji teologicznej, Amir zabiera nas na wycieczke do Uch Sharif, slynnego niegys centrum studiow nad Islamem, gdzie znajduja sie imponujace grobowce myslicieli i mistykow.
Blekitno-bialo-granatowa ceramika pieknych, ale rozsypujacych sie budowli, odcina sie ostro od czystego nieba. Wokol historycznych grobowcow ciagna sie rzedy skromnych bialych nagrobkow, kryjacych szczatki potomkow zacnych myslicieli. W miasteczku specjalny komitet czuwa nad tym by jedynie czlonkowie swietych rodow spoczywali w poblizu wielkich przodkow.
„Za kilka lat dolacze do moich bliskich” – mowi z duma otyly jegomosc z elegancka fala na siwej glowie i z rubinami w sygnetach. Dolewajac nam do filizanek mlecznej herbaty, pokazuje swoje zdjecia w towarzystwie znanych osobistosci pakistanskich. „Mamy szczescie. To potomek jednego ze swietych mezow” – zapewnia podekscytowany Amir. Sciskamy wiec mocno reke szczesliwca, ktorego raduje mysl o snieznobialym grobie i ruszamy w droge powrotna.
Tuz przed wyjazdem z Multanu odwiedzamy Abdula. Ma cztery corki i syna. Chce ich wszystkich dobrze wyksztalcic. W swoim rodzie byl pierwszym, ktory ukonczyl az 10 klas. Maria chce zostac malarka. Abdul z duma pokazuje jej prace. Druga z corek zostanie ekonomistka. Bo tego pragnie. One same wybieraja. Choc z uwagi na powierzchownosc Abdul sprawia wrazenie niewzruszonego konserwatysty, jego corki smieja sie szczerze, dyskutuja swobodnie w jego towarzystwie, realizuja marzenia.
Abdul rozpacza nad antyislamska propaganda rzadu amerykanskiego i nad szalonymi ekstremistami. Ale jedni i drudzy nie maja slusznosci, bo Mahomet powiedzial: „kto zabije czlowieka, nie poczuje zapachu raju”. Pisze od kilku lat rozprawe o Koranie, ale nie moze jej skonczyc. Jego ksiegarnia pochlania tyle czasu. Klienci go lubia, przychodza dyskutowac o religii, o zyciu. Zostaja jeszcze dlugo po zamknieciu sklepu.
Rawalpindi. Ten sam hotel, ten sam pokoj, ten sam widok na Saddar Bazar. Ten sam szaleniec pod oknem, wykrzykujacy byc moze te same apele.
W nocy sni mi sie trzesienie ziemi. I rzeczywiscie przychodzi w poludnie. Trzesie sie lozko, kolysze wentylator nad glowa. Po kilku sekundach wszystko mija. W recepcji mowia, ze nie bylo groznie, 5 stopni w skali Richtera.
Odwiedzamy profesora Said Ahmad. Przedstawia sie nam jako napietnowany bojownik przeciwko rezimowi islamskiemu. Zlorzeczy na muzulmanow. Ze sa zawistni, nietolerancyjni, morduja w imie religii, poniewieraja, molestuja i wiezia kobiety. Bardzo ostro. Na koniec wywodu wciska nam swoje ksiazki o sufizmie, z prosba o przetlumaczenie na polski.
Przyjezdza Tashfeen. Zabiera nas do domu swoich przyjaciol. Dwie mlode kobiety podnosza sie ociezale by mnie przywitac. Oczekuja dzieci. Od mezow, ktorych poznaly w dniu slubu. Najmlodsza z towarzystwa studiuje medycyne. Pytam, co zamierza robic potem. „Wyjsc za maz i urodzic pieciu synow” – odpowiada natychmiast. „Wiec po co studiujesz?” – dziwie sie. „Chce byc wyksztalcona kobieta”.
Najczestszy zawod po studiach to magister - zona. I jeszcze sprawa synow. Otoz dziewczynki maja lepiej! „Nie musza pracowac, nosza piekne stroje, bizuterie, maja sluzacych. Ciesza sie olbrzymim szacunkiem, szczegolnie gdy juz urodza wlasne dzieci.” A jednak wszystkie te szczesciary chca miec synow.
W Lahore spotykamy Kamila Michnola. Wyruszyl w podroz dookola swiata. Jedziemy razem na koncert muzyki religijnej sufi. W swiatyni o dworcowym klimacie, przystrojonej pstrokato jak na wiejskim weselu, wokol sceny siedzi tlum mezczyzn. Wykonawcy zmieniaja sie nieustannie. Przybywaja wazni goscie, sciskaja sie, klaniaja, dekoruja kawiatami lub obsypuja pieniedzmi.
Co kilka minut wyrywa sie na srodek sali, przed orkiestre, pocieszny, bezzebny starzec w siwych dredach, plasajac jak niedzwiadek. Wciaz w kolko, wciaz te same, nieskomplikowane ruchy, podnosi rece, opuszcza, trzesie dredami. Nikt mu nie przeszkadza. Sam znika, by po chwili znow powrocic.
Inny guru w ciemnej szacie, z dlugimi dredami, siedzi dostojnie w pierwszym rzedzie, obdarzajac zebranych dobrotliwym usmiechem. Nowo przybywajacy podchodza do niego po blogoslawienstwo. Malik mowi, ze to potomek ktoregos z prorokow sufi.
Po koncercie przenosimy sie do innej swiatyni. Na noc sufi. Mistyczna atmosfera otacza caly przybytek. W mrocznych ulicach klebi sie od nadjezdzajacych rikszami i w oslich zaprzegach wyznawcow. Dla tych ktorym nie udalo sie wejsc do srodka, zorganizowano impreze obok. Nas jednak wpuszczaja.
Tlumy mezczyzn sadowia sie na ciasnym dziedzincu swiatyni, pomiedzy sarkofagami wielkich myslicieli. Kraza z ust do ust fajki, skrety, ciasteczka i napoje. Lekko odurzone towarzystwo kolysze sie, wykrzykujac cos czasem w rytm brzmiacej bez przerwy, przez 4 godziny, muzyki bebnow. Dostojni muzycy, jeden w czerni – olbrzym, drugi w bieli, to slynni bracia. Czarny – niekwestionowana gwiazda, swiadoma swej popularnosci, uderza w beben niekiedy tylko od niechcenia. A potem, z nienacka, daje popis wspanialej solowki, krecac sie wokol wlasnej osi, tak, ze zwisajacy z szyi na solidnym pasie beben, fruwa zlowieszczo nad glowami usuwajacej sie instynktownie publiki.
W pewnym momencie wkraczaja derwisze i zaczynaja plasac wokol wlasnej osi, w niezwyklej ekstazie, nieustannie, przez kilka godzin. Kazdy z nich tanczy inaczej. Jeden tylko stopami, uzbrojonymi w dziesiatki dzwonkow, inny ramionami, poruszajac sie jak manekin, inny jeszcze miotajac glowa na prawo i lewo. Coraz szybciej, bezblednie, niemal niezauwazalnie. Rozmazuja sie nie tylko na zdjeciu, ale i w oczach. Purpurowa plama, zielona plama, czerwona i srebrna.
A srebrna to „mlynek”. Tak nazwalismy wirujacego w niezwyklym tempie czlowieka. A moze juz nie czlowieka. Moze to sama szata tanczy, a on odlecial, wywirowal. Nie widac juz gdzie nogi, rece, glowa. Zdaje sie unosic nad podloga. Boimy sie, ze padnie. Ale nie pada, przez godzine, dwie, trzy.
Przed koncem pojawia sie dama. Wchodzi miedzy bebniarzy i zaczyna grac na trabce. Jakos tak jazzowo. Do tego dolacza jeden z derwiszy. Przerywa na chwile swoj taniec, podnosi rog i dmie przeciagle, przejmujaco.
W pewnej chwili wszystko cichnie nieodwolanie. Trans, wirowanie, niezwykla atmosfera, wszystko nagle znika. Mistyczna noc dobiegla konca, a wraz z nim nasza wizyta w Pakistanie.
Wystarczy juz segregacji plciowej. Dosc ulic bez kobiet. Dosc pozerajacych spojrzen, okrywania sie i zaslaniania mezczyzna.
Od Indii dzieli nas tylko godzina drogi. A wiec w droge. W droge do Indii.