PAKISTAN - cz. I (07.10-06.12.2005)
Karakorum odcina nas od Azji pozorow i etykiety. Przywraca ludziom otwartosc i bezposredniosc, a wraz z nimi iscie slowianska goscinnosc. Po dwoch latach kluczenia niejasnymi sciezkami dalekiego wschodu, Pakistanczycy zaskakuja nas podobna do naszej wrazliwoscia, poczuciem humoru, podobna hierarchia wartosci. I pomimo olbrzymich roznic w obyczajach i tradycji, czujemy sie tu jak w domu.
Pierwszy poranek wita nas wysmienita, mleczna herbata i przepiekna panorama. Nad slonecznym ogrodem, ociekajacym czerwienia kaszmirskich jabluszek, rozlewa sie nieskalanym bekitem niebo, rozdarte ostrymi szczytami Karakorum.
I nagle wszystko zaczyna sie kolysac, stol, ziemia, drzewa i my. Lekko, przyjemnie i dziwnie. Gospodarz uspakaja, zapewnia, ze w Kaszmirze to normalne. A jednak …
Poki co, nieswiadomi rozgrywajacej sie niedaleko tragedii, jedziemy beztrosko na poludnie.
Pasu jest malenka wioska w dolinie Hunzy. Zaszywamy sie w jabloniowym sadzie z widokiem na jesienny krajobraz gor. Koniec sezonu.Sslonce przypieka, a zimny wiatr studzi. Powietrze przejrzyste, idealne na dlugie spacery.
Lodowce Pasu i Batura, niepodobne do siebie jak dzien i noc, laczy stromy, wyslizgujacy sie spod stop szlak. Niedorzeczne ataki paniki i obezwladniajacy ucisk w zaladku, potwierdzaja podejrzenia o nabytym po trzydziestce leku wysokosci.
Pasu, snieznobialy, przypomina armie lodow smietankowych z nasrozonymi szpicami. Batura, to szary, jednostajnie brzydki lodowiec, ponoc jedn z najdluzszych w swiecie, ktory biel obnaza dopiero po 5 dniach marszu wzdluz koszmarnego jezora. Zejscie do Batury pionowa, piaszczysta sciana konczy dzien glodnego marszu, wspartego jedynie litrem herbaty i czterema jablkami. A miala byc woda. Predzej dojdziemy jednak do wioski, niz dokopiemy sie do czystego lodu. Przy najblizszej osadzie osuszamy zrodelko podejrzanie metne, ale bez watpienia wodniste. Jeden – zero dla Karakorum.
Pomiedzy dwoma wiszacymi mostami ciagna sie osady Tadzykow. Mili i goscinni, jak w Turkiestanie Wschodnim. Prace gospodarskie opanowala pszenica. Przesiewanie na prawo i lewo. Lopaty podskakuja miarowo, deszcz ziarna spada na maty, plewy wiatr podrzuca sasiadom. Kobiety, wciaz jeszcze swobodne, zagaduja, pozuja do zdjec, zapraszaja do domow. W kamiennej, letniej chalupce dymi niemilosiernie. Wojtek chce wlazic na dach i przetykac komin. Goraca, slona herbatka z mlekiem i garsc jablek ostudza ten zapal. Wyciagamy sloik z dzemem, pani piecze czapati. Zaczynamy uczte.
Mosty wisza na stalowych linach. Deski leza niepwnie, albo zwisaja w dol, w odleglosci metra jedna od drugiej. Przesadzamy rozbujany most powolnymi krokami, trzymajac sie kurczowo postrzepionych lin. Wiesniacy zawstydzaja nas przeskakujac po trzeszczacych kladkach biegiem, trzymajac sie jedynie za szelki olbrzymich, bambusowych koszy. Zagladamy im do srodka i ze zdziwieniem napotykamy szkliste spojrzenia cielecych oczu. Jak dorosna beda przelazic przez brod, a tymczasem wedruja w „lektykach” nie tylko przez most, ale cala droge ze wsi do wsi. Ciekawy zwyczaj, moze potem daja wiecej mleka.
Do Pasu podrzuca nas kolorowa jak pisanka polciezarowka. Gospodarz uswiadamia nam, ze trzesienie ziemi, ktore ledwie odczulismy przy granicy, osiagnelo w okolicach Mansery 7,6 stopni w skali Richtera. Liczbe ofiar szacuje sie juz na ponad 20 tysiecy. Lapiemy pierwszy transport do wiekszego miasteczka, gdzie spodziewamy sie internetu.
Po szesciu godzinach meandrowania dolina Hunzy, docieramy do Gilgitu. Miasteczko nieduze (20 tys.), ale jakies sfrustrowane i pelne wojska.
„Mounatin Refuge”, hotelik z pieknym ogrodem, od niedawna funkcjonuje jako bursa dla dziewczat z koledzu. Ale mili wlasciciele, nalezacy do Ismaili (trzeciej najwiekszej po Szyitach i Sunnitach grupy islamskiej) pozwalaja nam zostac. Oddaja nam jeden ze swoich pokoi, zapewniajac, ze bedziemy bezpieczni, bo pokojowo usposobieni Ismaili nie sa zaangazowani w konflikt. Jaki konflikt?
Nic nie wiecie. Mamy tu godzine policyjna. W styczniu Szyici zastrzelili przywodce Sunnitow i teraz co miesiac konflikt ozywa. Sprowadzono dwa tysiece zolnierzy roznych frakcji, glownie prywatnych armii z poludnia, ktorzy panosza sie w miescie i nieustannie wprowadzaja godzine policyjna. Rano znow zastrzelono dwie osoby.
A przeciez my tu przyjechalismy, zeby zawiadomic bliskich, ze jestesmy cali, zdrowi i bezpieczni. Wlasciciel hoteliku – Ibrahim mowi troche po polsku, przyjaznil sie z Wanda Rutkowska. Radzi, zeby nie wychodzic. Ale musimy znalezc internet. Zreszta za kilka minut koniec godziny policyjnej.
Opuszczamy bezpieczny azyl i uwazniej przygladamy sie miastu. Na kazdym skrzyzowaniu wojsko barykaduje sie workami piasku. Zaluzje sklepow pozaciagane. Ulicami pospiesznie przemykaja mezczyzni, owinieci po czubek nosa kaszmirowymi szalami. Czy zaslaniaja brody, ktorych dlugosc rozni Szyitow od Sunnitow?
Wieje zlowieszczy wiatr, kurz wciska sie w oczy, w powietrzu fruwaja gazety i jakies papiery. Klimat jak u Kapuscinskiego, cisza, karabinierzy, czujne spojrzenia, szybkie kroki zaplatane w luzne tuniki.
Niesmialo otwieraja sie pierwsze budki z jedzeniem, rozgrzewaja piece, za chwile koniec Ramadanu. Mezczyzni zajmuja miejsca w krotkich kolejkach.
Wkrotce jednak zapada zmierzch i ulice znow pustoszeja. Zatrzymujemy samochod wojskowy i wracamy do centrum. Ludzie pozdrawiaja nas i pytaja, czy nie potrzebujemy pomocy. Tuz przed hotelem kupujemy zapiekane w ciescie warzywa, ale pan nie chce przyjac pieniedzy, bo to resztka. Welcome to Pakistan!
Ismaili nie obchodza Ramadanu. Kobiety nie musza zakrywac glow chustami. Maja w swej spolecznosci znacznie silniejsza pozycje niz inne muzulmanki. Studentki gromadza sie w jadalni na kolacje. Zapraszaja i nas. Dziewczyny chichocza na widok Wojtka, ale po chwili osmielaja sie i zaczynamy rozmawiac. Studiuja medycyne, nauki polityczne, inzynierie, jezyki. Nieliczne sa juz zamezne, innym, odwiecznym zwyczajem, rodzina wyszukala przyszlego meza. Niektore sie buntuja, nie zamierzajac wychodzic za maz w ogole. Dyskutuja o polityce, a kilka z nich ma nawet polityczne ambicje. Po chinskim „tumiwisizmie” imponuje nam takie zaangazowanie spoleczne.
Dzielimy lazienke z wlascicielami guesthousu. Za sciana cicho placza dzieci. Cztery dziewczynki i chlopiec szwagierki. Nie naleza do rodziny wielodzietnej. Wsluchujac sie w pakistanska kolysanke, zapadamy w kamienny sen. W nocy bylo kolejne trzesienie ziemii. Lekkie - 5,5 stopnia w skali Richtera. Nie poczulismy.
Kolejny dzien, wolny od godziny policyjnej, zapelnia ulice kolorowymi straganami i tlumem. Pojawiaja sie nawet kobiety i kilku turystow. O niezazegnanym konflikcie przypomina jednak imponujaca liczba wojska. W ciasnych, zatloczonych ulicach rozpychaja sie ciezarowki, pelne uzbrojonych mezczyzn. Usmiechaja sie, opierajac zawadiacko o karabiny maszynowe. W tych okolicznosciach nie smiemy siegac po aparaty. Wloczymy sie po bazarach, nad rzeka, glownymi ulicami miasta, unikajac zaulkow. Ale wszedzie przesladuja nas lufy karabinow. Spacer niczym taniec na celowniku.
Kilka minut przed koncem ramadanu zaczyna sie zamet. W powietrze nagle wzbija sie kurz i okrzyki, trzaskaja zaciagane pospiesznie zaluzje. Na sasiednim skrzyzowaniu powstaje zbiegowisko. Nieliczni mezczyzni pedza tam uzbrojeni w kije, wiekszosc ucieka w przeciwnym kierunku. Zamieramy, probujac wcisnac sie w sciane. Jakies rece wciagaja nas w podworko. Mlodzieniec mowi, ze tu bezpiecznie, zeby zaczekac, az wszystko ucichnie. Waskimi schodami prowadzi nas na gore, gdzie w malym mieszkanku, trzech mezczyzn przygotowuje wieczerze. Najgrubszy z nich jest gospodarzem i najstarszym z braci. Sa Pasztunami z Peszawaru. W Gilgicie prowadza sklepy z herbata.
Siadamy na dywanie i przygladamy sie jak sprawne rece siekaja warzywa. Nadchodza kolejni bracia. Mlodsi niecierpliwie spogladaja na zegar, w oczekiwaniu na zmierzch. Nie jedli, nie pili i nie palili od switu. Ramadan trwa juz 10 dni. Wreszcie rozlega sie spiew muezina i zasiadamy do wieczerzy. Smacznie. Jemy rekami. Slodka herbatka z mlekiem. Potem panowie wyciagaja skrety. Z haszyszu. Hm. A nasze pasztunskie kobietki lubia sobie zapalic – mowia i wybuchaja smiechem.
Chociaz do „Mountain Refuge” mamy piec minut, gospodarze upieraja sie, zeby odwiezc nas samochodem. Natychmiast gubia droge. W koncu to przyjezdni. Pytaja zolnierzy, rownie zorientowanych w topografii miasta i wreszcie po pol godzinie zajezdzamy pod nasz hotelik.
Nastepnego ranka Wojtek wybiera sie na dworzec i do szpitala. Gdy probuje sie jeszcze jeszcze troche zdrzemnac, rozlega sie huk petard. Zastanawiam sie, czy tak jak w Chinach i tutaj obwieszcza sie halasem otwarcie nowego hotelu. Nagle wpada zona Ibrahima i mowi, zeby nie wychodzic, bo zaczela sie strzlanina. Za pozno.
Zaczynamy wydzwaniac na dworzec, do szpitala, na policje. Nigdzie nie widzieli Wojtka. Strzelanina trwa nieprzerwanie kilka godzin. Ibrahim uspokaja, ze wojsko strzela w powietrze, ostrzegawczo, ze to tylko demonstracja sily. Przerazenie, bezradne bieganie od telefonu do furtki, lament przy akompaniamencie monotonnie plynacego zza murow ogrodu huku karabinow maszynowych.
Dziewczyny zabieraja mnie do swoich pokoi, zagaduja, rozsmieszaja. Na dzwiek telefonu wszyscy zrywaja sie i pedza do jadalni. Jest, dzwoni ze szpitala. Kiedy zaczela sie strzelanina przeczekal w jakims biurze. Kiedy ucichlo, zdazyl dobiec do szpitala, gdy znow sie zaczelo.
Nie wracaj, siedz tam, poki nie zabierze Cie wojsko - prosi Ibrahim.
Po zmroku, na dzwiek otwierajacej sie furtki reaguja wszystkie panny. Wybiegaja do ogrodu, by nie przegapic powitania. Kiedy padamy sobie szczesliwi w ramiona, rozlega sie salwa oklaskow i „yes’ow”. Jak w hinduskiej operze mydlanej. Very romantic ;)
Zaczelo sie od demonstracji uczniow przeciwko Talibom – mowi Wojtek. Przeciwko armii, ktora aresztowala studenta - prostuje Ibrahim. Zaraz potem uczniom sie dostalo. Jedni twierdza, ze to do nich strzelano, inni, ze dostali jedynie palkami. Nastepnie rozpetala sie walka miedzy zolnierzami i miastem.
I tak ze zlosci na panoszaca sie i blokujaca miasto armie, Sunnici i Szyici staja wreszcie po tej samej stronie barykady. Calodniowa strzelanina w „powietrze” zbiera jednak spore zniwo. Szesc osob ginie (w tym trzech zolnierzy) a dwudziestu rannych nalicza Wojtek czekajac w szpitalu na transport.
Smierc zolnierzy miasto okupuje czterodniowa, bezwzgledna godzina policyjna. Zakaz opuszczania domostw armia egzekwuje ostra amunicja. Szesciu nierozsadnych smialkow, albo tez zakamuflowanych rebeliantow przeniosi sie tym sposobem na lono Abrachama.
Zapasy w hoteliku koncza sie natychmiast. Szwagierka Ibrahima wypieka chleb. Przyjmujemy go z wdziecznoscia, przyprawiamy sola i zapijamy slonym czajem.
Zabijamy czas fotografujac rodzinke i dziewczyny. Wojtek projektuje dla hoteliku strone internetowa. Ktoregos wieczora podjezdza pod brame samochod wojskowy. Ibrahim zalatwil zywnosc. Koniec z suchym chlebem. Wcinajac ryz z fasola ogladamy w telewizji transmisje ceremoni z najwiekszego meczetu w Islamabadzie w intencji ofiar trzesienia ziemi. Tysiace mezczyzn modli sie zarliwie i placze, wzywaja Allaha. Gospodarze spiewaja razem z nimi piesn za zmarlych. „Madina, Madina, Madina …” plynie w miekkich tonach, pozbawionych dreczacej nuty, towarzyszacej naszym piesniom zalobnym. Teskny, piekny spiew odprowadza zmarlych do raju.
Caly kraj modli sie, organizuje w pomocy, a Gilgit strzela, wciaz strzela i bezwstydnie powieksza grono ofiar bezsensowna wojna.
Po tygodniu pojawia sie nadzieja na wolnosc. W miasteczku jest kilkunastu obcokrajowcow i cisna tak, ze wreszcie wojsko ulega. Po poludniu zbieraja towarzystwo z hotelikow i laduja na odkryta ciezarowke. Odjezdzamy w eskorcie kilku wypelnionych karabinierami jeep’ow. Mijamy barykady z workow, drutow kolczastych, koszary. Koledzy nerwowo zartuja sobie z sytuacji, bezustannie rozgladajac sie na boki. Wreszcie wyjezdzamy z Gilgitu. Slychac westchnienia ulgi i zaraz potem nawolywania wlascicieli autobusow, ktorzy ustawili sie w kolejce, tuz za miastem. Mozna jechac tylko w strone Islamabadu. Polnocna czesc Karakorum Highway zamknieta. Jedziemy wiec na poludnie, do miasteczka Chilas.
Z Reikot Bridge ruszamy pieszo droga jeep’owa do wsi Jehl, gdzie zaczyna sie szlak na Fairy Meadow pod osmiotysiecznik Nanga Parrbat.
Dziewieciokilometrowy odcinek pnie sie bezlitosnie w gore, powtarzajac na kazdym zakrecie te same widoki i plonne nadzieje, ze to juz ostatni zakret. Po szesciu godzinach nudnej wspinaczki dociaramy do Jehl wycienczeni, ale nie zubozeni astronomiczna oplata za watpliwa przyjemnosc przejazdzki jeep’em, rownie watpliwej kondycji.
Po nocy spedzonej w drewnianej budzie o wymiarach spiworu, nazwanej zartobliwie hotelem, ruszamy w gore. Tym razem zakrety racza nas widokiem osniezonego Nanga Parbat. Po trzygodzinnej przepychance ze spedzanym na zime bydlem, docieramy do Fairy Meadow.
Piekna lake maluja wszelkie barwy jesieni, zalewa cisza i slonce. Juz po sezonie, ale dwa kampingi jeszcze czynne, wiec wlasciciele konkuruja o nas rozbawieni. Podaja jakies koszmarne ceny za drewniane budy, wiec stawiamy namiot – „salon” z widokiem na Nanga Parbat.
Wlasciciel rozpala ognisko, podgrzewa wode w lazni. Wie co robi. Noc lodowata, stopy marzna w lekkich spiworach. Nad ranem w butelkach i strumieniu lod.
Rozgrzewamy sie w kuchni i ruszamy wyzej. Sciezka prowadzi przez kolorowe laki i lasy, opuszczone letnie osady. Przeskakujemy przez zamarzniete strumienie, rozwodzac sie nad fantazja sopli, krepujacych zdzbla trawy, galazki i kwiaty.
Wchodzimy do Bejal na wysokosci 3600 m. Ani zywego ducha. Przysiadamy na lawce pod derwniana chalupa i wygrzewamy kosci w towarzystwie znieruchomialych na kamieniach jaszczurek. Przed nami piekna, wschodnia sciana morderczego osmiotysiecznika, ktory pogrzebal juz szescdziesieciu wspinaczy. Czemu ludzie to robia, pozostanie dla nas zagadka na zawsze. Pewnie nieporownanie piekniej wszystko wyglada ze szczytu. Nam wystarczy jednak spojrzenie z dolu, na biel sniegu, blekit nieba, czerwienie i brazy jesieni.
Po kolejnej godzinie marszu, za gigantycznym glazem, docieramy do krawedzi z widokiem na lodowiec. Wojtek wspina sie jeszcze stroma sciezka, prowadzaca do pierwszego obozu, a ja wygrzewam sie dalej, w odurzajaco rozrzedzonym i pachnacym ziolami powietrzu. Kosmiczna cisza usypia lagodnie, a gluche jeki pekajacego lodowca i szum lawin sniegu wyrywaja z drzemki.
W Bajal, dolaczaja do nas dwaj mysliwi, powracajacy z lowow z niczym. Kiedy zwijamy namiot, wlasciciel kampingu zaprasza na kolacje i bezplatna noc w drewnianej chatce. Schodzimy jednak w dol.
Przy Reikot Bridge zatrzymujemy sie na mala sesje fotograficzna. Szlaban na moscie zatrzymuje nam w kadrze kolorowe ciezarowki, podzwaniajace cicho zawieszonymi pod przyczepa lancuszkami.
Wsiadamy w autobus pelen zolnierzy wracajacych z Gilgitu na swieta. Major tlumaczy niejasno, dlaczego armia musiala sie bronic w Gilgicie. Tej wersji jeszcze nie slyszelismy. Ponoc stopniowo skracaja tam teraz godzine policyjna, bo wlasnie ujeto przywodcow obydwu stron konfliktu – Szyitow i Sunnitow, wysylajac ich do wiezien na poludniu kraju.
Placzacy sie w zeznaniach major szybko jednak zmienia temat, przechodzac do niuansow procedury malzenskiej. Otoz dziewczyne wydaje sie za maz tuz po ukonczeniu edukacji, miedzy 18 a 22 rokiem zycia. Potem bardzo ciezko zaaranzowac jej malzenstwo. Mezczyzna z kolei ma czas na ozonek do 35 roku, poniewaz zanim zalozy rodzine, wpierw musi sie w zyciu ustawic. Na niego spada bowiem obowiazek utrzymania zony i dzieci. Kobieta, jesli nawet pracuje, zachowuje wynagrodzenie wylacznie dla siebie. Maz nie ma prawa z niego korzystac, ani tez zadac by dokladala do budzetu rodziny.
Jedziemy i sluchamy 15 godzin. Tuz przed koncem ramadanu zaczynaja szelescic torebki. Napoczynamy wiec ochoczo wlasny prowiant i kiedy juz konczymy, slyszymy, ze torebki nadal trzeszcza. Ramadan jeszcze sie nie skonczyl. Zolnierze tylko ciesza oczy i wdychaja zapachy, bo nie wolno zaczynac wieczerzy. Puszczaja nam plazem gafe i kiedy wreszcie nadchodzi zmierzch, czestuja nas zyczliwie. Kierowcy zatrzymuja sie na drodze, lacza w grupki i ucztuja razem. Po kilkunastu minutach jedziemy dalej, ale calodniowy post daje sie widac we znaki, bo zatrzymujemy sie na „popas” w kazdym wiekszym miasteczku.
Droga sklada sie z samych zakretow. Co kilka minut wyskakuje z przeciwka fosforyzujaca w mroku ciezarowka, jakby skrzyzowanie statku kosmicznego i chaty z piernika. Kierowcy mijaja sie sprawnie tuz nad krawedzia przepasci z predkoscia nieprzyzwoita.
Im blizej Islamabadu, tym wiecej gigantycznych glazow zalegajacych droge, wyrw, oberwanych zakretow. Przejezdzamy po polnocy pzez nieszczesna Mansere. Mijamy zawalone gliniane chaty, choc noc skryla pod calunem mroku rzeczywisty rozmiar tragedii.
W Rawalpindi, blizniaczej siostrze Islamabadu, zatrzymujemy sie na Saddar Bazar, w pokoiku z widokiem na ruchliwa ulice. Kobieta to coraz czestszy widok, glownie w poblizu sklepow z tkaninami i bizuteria. Mezczyzni w jasnych tunikach spaceruja, spiesza gdzies, stoja lub siedza zbici w grupki. Lenia sie, pracuja. Jakis szaleniec wykrzykuje apele polityczne. Allach, dzihad, Pakistan, Gilgit i Kashmir. Nie cieszy sie jednak popularnoscia. Mezczyzni omijaja go wielkim lukiem. Ktos sie podsmiewa, jakies pojedyncze oklaski i wieszcz przenosi swa prawde w inne ulice.
Rawalpindi robi mile wrazenie, szczegolnie po zmroku. Jedynie halas ruchu drogowego zakloca tu spokoj i cisze. Nikt nie wydziera sie do klientow przez tuby, nie krzyczy przez telefon, nie raczy calej ulicy ulubiona muzyka. W sklepach nie oszukuja bezczelnie. Czasem tylko pare rupii frycowego. Plaga sa jednak zebrzace dzieci, zebrzacy ojcowie rodzin o calkiem przyzwoitym wygladzie, zebrzace kaleki.
Transport lokalny to bardziej lub mniej kolorowe Suzuki z drewnianymi lawkami. Testujac ten watpliwy komfort w licznych i bolesnych podskokach, jedziemy na dworzec w towarzystwie sympatycznego jegomoscia z ptakiem w klatce. Na dworcu biegniemy w strone kolorowych autobusow z szybami z pleksy. Ktos jednak wola, ze to krotkodystansowce i ciagnie nas w kierunku zwyczajnych ogorkow. Po drodze ogladamy hinduska opere mydlana i brutalny film przyrodniczy. Pasazerowie wsiadaja i wysiadaja, a wraz z nimi zmieniaja sie stroje i obyczaje. Panie – od wyluzowanych, w kwiaciastych kieckach, kolczykach w nosie i opadajacych swobodnie chustach, po kobiety - duchy w burkach z siatkami na oczy. Panowie niezmiennie, w jasnych tunikach i szalach.
W Peshawarze przesiadamy sie do minibusa. Sympatyczny nauczyciel klaruje nam po drodze zawilosci polityki, filozofii i religii muzulmanskiej. To ulubione tematy Pakistanczykow. Maja jednak kompleks amerykanskiej propagandy antyislamskiej. Z drugiej strony zlorzecza na ekstremistow i odzegnuja sie od terroryzmu. Nie ma miejsca na terroryzm w Koranie. Ale wojna antyislamska to jakas nieporozumienie. To jakby wojna z mentalnoscia i filozofia, skazana na fiasko, bo muzulmanie sa zbyt silni w swych przekonaniach.
Na postoju, po Ramadanie pasazerowie przescigaja sie w czestowaniu nas napojami i przysmakami. Mlody Afganczyk, ktory uciekl do Pakistanu w 1981 r., zaprasza nas na noc. Prowadzi apteke w pobliskim miasteczku – obozie dla 16 tysiecy uchodzcow. Maja 4 szkoly afganskie. Chcialby jednak wrocic do kraju, bo w Pakistanie latwo nie jest. Z drugiej strony rzad Pakistanski nalega, ze do roku ktoregos tam uchodzcy musza powrocic do siebie. Dziekujemy za zaproszenie, spieszac dalej. Za kilka dni zamkna przelecz do Chitralu.
W kazdym miasteczku policja ciagnie nas na posterunek i kaze rejestrowac sie w wielkiej ksiedze. Na jednym z przystankow pojawia sie aniol stroz w eleganckim stroju. Wynegocjowawszy nam cene za kolejny transport, prowadzi nas na posterunek z trzema sznurkowymi lozkami i drewnianym stolikiem. Dlugo czekamy na policjanta. Wreszcie nadchodzi rozespany. Bez munduru. Grzebie w stercie brudnych zeszytow. Siega jeden, wertuje kartki i zrezygnowany otwiera w srodku, na czystej stronie. Co nalezy wpisac? On wzrusza ramionami, wpisujemy wiec to, co zwykle. Przeglada wpis, paszporty i kiwa glowa. Aniol stroz usadza nas w autobusie, we wlasciwym szyku, tak by Wojtek oddzielil mnie od reszty mezczyzn. Zegna nas czule, wygrazajac kierowcy, ktory przebakiwal cos o taryfie nocnej.
O 4.00 i 5.00 nad ranem muezin wzywa do modlitwy. Slyszymy jak hotelowy drepcze poslusznie na dach, by sklonic sie w kierunku Mekki. Niewyspani ladujemy sie w kolejnego jeep’a i pomykamy w kierunku Chitralu. Rudy kierowca o rosyjskich rysach, z ulanska fantazja gna po gorskich drogach, sprawnie mijajac wyskakujace z nienacka na zakretach ciezarowki. Wspinamy sie mozlnie na zimna przelecz, ktora odcina Chitral od reszty swiata na 6 snieznych miesiecy, a potem zjezdzamy w cieple doliny.
Miasteczko jest jakby miniatura Gilgitu, ale spokojniejsza, ciasniejsza, wypelniona zielenia i sloncem. Sklepiki tona w stosach czapek, szali i plaszczy welnianych. Kobiety - duchy w burkach - z rzadka jedynie nawiedzaja ulice. Ludzie sympatyczni, leniwi. Senna atmosfera zalega ulice, sklepy i urzedy. Powolna rejestracja w sennym komisariacie. Wieczorem miasto gasnie wraz z koncem Ramadanu. Jeszcze dzien lub dwa i zapadniemy w sen zimowy.
Wyrywamy sie z Chitralu do slonecznej doliny Bumboret, jednej z trzech zamieszkiwanych przez jasnookich i jasnowlosych Kalshow. Kaza sie dumnie nazywac potomkami Aleksandra Wielkiego (no moze te nosy), jednak przybyli tu jeszcze przed wielkim wodzem, w czasie wedrowek ludow indo-arjanskich.
Populacja ostatnich w panstwie islamskim pogan liczy sobie dzis nie wiecej niz trzy tysiace glow. Animistyczna religia, mieszczaca w swym panteonie wiele bostw, oparla sie dzielnie inwazji islamu. Dzis muzulmanie i Kalasha zamieszkuja te same doliny w zgodzie, choc w separacji. Kalashom zezwala sie na prowadzenie szkol we wlasnym jezyku oraz na nauczanie w nich tradycji i religii Khodai. Nieliczne szkolki finansowane sa jednak z wlasnych srodkow ludnosci, wspieranych jedynie funduszami zachodnich darczyncow.
Zycia codziennego Kalasha nie krepuje typowa dla islamu segregacja plci. Jedynie w czasie menstruacji i po porodzie kobiety mieszkaja w osobnych domach, izolujac sie od mezczyzn.
Niezwyczajna jak na Pakistan swoboda obyczajow i oslawiona uroda kobiet Kalasha, od wiekow przyciaga smialkow gotowych zlamac religijne tabu. Choc wiekszosc zdobywcow serc niewiescich znika tuz po podboju, mezalianse sa jednak faktem. Aczkolwiek lokalsi pytani o zawilosci zycia rodziny mieszanej, zrecznie zmieniaja temat.
Uroda kobiet nie ogranicza sie do regularnych rysow twarzy, czy nieodpartego uroku jasnych wlosow. Oczy wabi barwnie haftowany, czarny stroj, z gleboko wycietym dekoltem, zaslonietym jednak poteznym zwojem koralikow. Splecione w cztery warkocze wlosy nakrywa kolorowa, wyszywana paciorkami i muszlami, szeroka opaska, z dlugim ogonem z tylu glowy.
Dzewczynki nosza identyczne stroje, w miniaturowej wersji. Zamiast czterech, spod opaski zwisa zazwyczaj jeden warkocz, spleciony nad czolem. Najmlodszym dziewczynkom, reszte wlosow sie goli. Zaschnieta na twarzach ciemna maz z kory, majaca chronic przed ostrymi promieniami slonca, nadaje im umorusany wyglad.
Mezczyzni i chlopcy przyswoili sobie styl pakistanski. Luzne spodnie i tuniki maskuja sylwetke, a na glowach welniane czapki „czitralki”, zwijane w rulon. Ale nigdy brody.
Lezace w pieknej dolinie wioski ciesza oko. Drzewa owocowe rzucaja potezne cienie na pelne kwiatow podworka i drewniane, pietrowe domki. Dzieci wygrzebuja ze stert pozolklych lisci ostatnie orzechy. Na szkolnym dziedzincu uczniowie wspinaja sie na cienkie, gibkie galezie wysokiego drzewa, zwisajac z niego jak dojrzale owoce.
Mezczyzni wyluskuja orzeszki ze sterty szyszek cedrowych, uderzajac w nie drewnianymi kolkami. Zapraszaja na podworko, czestuja, zachecaja by sprobowac luskania. Rece kleja sie od zywicy, sterta ciagnie sie w nieskonczonosc, ale cierpliwosc i wprawa robi swoje. Ze stojacych obok workow wysypuja sie smaczne orzeszki.
Zagladamy do kamiennego mlyna. Potezne kolo wiruje, chudy mlynarz przegarnia make. Mial unosi sie delikatnie w powietrzu, opada na podloge, sciany, mlynarza. Po chwili toniemy w bieli.
Zaprasza nas do chaty muzulmanin – filozof. Porzucil dostatnie zycie miejskie, wzial za zone mlodsza o 30 lat dziewczyne i osiadl w jej rodzinnej dolinie. Zycie to wielkie pasmo udreki. Dzieci nie powinno sie powolywac na swiat pelen cierpien. Ale tu znalazl szczescie, prostote i piekno, a przede wszystkim romantyczna Julie, ktora kocha go „za bardzo”. Wiec splodzil kolejnego syna.
To chyba jakis wyscig goscinnosci miedzy Kalasha a muzulmanami, bo po zmierzchu iny mezczyzna pozdrawia nas radosnym „Asalam alejkum” i zaprasza na kolacje i nocleg. Kilkadziesiat metrow dalej grupka muzulmanow czestuje nas samosami i czajem.
Wlasciciel guesthousu namawia na przewodnika, pokazujac jakies podejrzane pismo, w ktorym policja rzekomo zabrania obcokrajowcom wedrowac po gorach bez asysty. Idziemy jednak sami, w strone doliny Rumbur, przez przelecze Donson i Kundyak.
Donson, z ktorego roztacza sie widok na osniezone szczyty Hindukuszu, porastaja imponujace, gigantyczne cedry. Przyjemna sciezka prowadzi przez las, jednak wciaz sie rozgalezia. Trzy razy gubimy droge. Wreszcie nie spotykamy juz nikogo, kto by nam wskazal wlasciwy kierunek. Zamiast schodzic lagodnie w dol, wspinamy sie niebezpiecznie w gore i dopada nas zmierzch. Na pochylym stoku, miedzy skala a kolczastym drzewkiem, znajdujemy najmniej pochyle miejsce. Nie ma mowy, zeby zmiescil sie namiot. Ale, czy to tutaj wlasnie spotyka sie niedzwiedzie i rzadkie okazy leopardow snieznych?
Barykadujemy sie kolczastymi galeziami. W pogotowiu gwizdek, ostry flesz lampy fotograficznej i butelka z bezyna do odstraszania intruzow. Gdyby nie pomoglo, otwarty scyzoryk i kijki trekkingowe pod reka. O ewentualnym deszczu, lawinie kamieni, pajakach i gadach, staramy sie nie myslec. Na szczescie noc jest ciepla, gwiazdzista i spokojna. Leopardy i niedzwiedzie gardza miesem ludzkim. Dokuczaja nam jedynie myszy.
Rano szybko znajdujemy wlasciwa sciezke i schodzimy w doliny miedzy przeleczami. Kobiety z wiosek zeszly juz nizej na zime. Zostali jedynie mezczyzni.
Przelecz Kundyak nie zatrzymuje nas na dlugo. Porastaja ja gesto mlode cedry i sosny, zza ktorych prozno wygladac imponujacych widokow. Schodzimy do rzeki, ktora prowadzi nas prosto w przyjazna doline Rumbur.
Wlasciciel oddaje nam swoj wlasny pokoj, jedyny w „hoteliku”. Przenosi sie z rodzina do sasiedniej budy – osmolonej izby z klepiskiem, zelaznym piecykiem i czterema lozkami sznurkowymi, bedacej kuchnia, sypialnia i jadalnia zarazem.
Zona, tesciowa i coreczka w pieknych, tradycyjnych strojach. Umorusany synek, na bosaka, z golym dupskiem i gilem do pasa, ale uroczy. Jemy placki kukurydziane, zapijajamy czajem i dyskutujemy o biedzie Kalashow. Przesladowania skonczyly sie dwadziescia lat temu. Teraz zyja z muzulmanami w zgodzie. Maly budynek obok to szkola ufundowana przez amerykanskiego turyste. Nasz gospodarz nia zarzadza. Ale nie przelewa sie. Stojaca pareset metrow dalej szkola muzulmanska znacznie lepiej wyposazona. Maja nawet boisko.
Mezczyzna wyciaga butelke z lokalnym winem. Doliny Kalashow to jedyne miejsce w Pakistanie, gdzie alkohol legalnie sie wyrabia. I spozywa. Ano, zauwazylismy.
Testujemy trunek. Nieszczegolny, ale swiadomosc, ze to wyjatkowa okazja w Pakistanie, dodaje smaku. A jednak dobre wino poleje sie jeszcze nie raz w tym kraju. Poza dolinami Kalashow, w muzulmanskim gronie.