Kulisy „uprowadzenia” na szlaku do Everesteu. Na zainteresowanie mediów prawdziwą historią przestaliśmy liczyć niedługo po uświadomieniu sobie, że jesteśmy „bohaterami” niewiarygodnych, sensacyjnych wiadomości. Sposób zadawania pytań przez dziennikarzy, policję i wojsko, oraz pomijanie naszych odpowiedzi przekonały nas, że na „porwaniu” korzysta coraz więcej instytucji, podczas gdy my pogrążamy się w tarapatach.
Gosię Łoś i Konrada Kąkolewskiego ( www.kogo.republika.pl ) poznaliśmy przez internet. Napisali do nas przed rozpoczęciem własnej podroży dookoła świata i polubiliśmy się. Przed dwoma miesiącami postanowiliśmy wreszcie skrzyżować nasze szlaki. Wypadło na Nepal.
„Dlaczego Polacy zdecydowali się udać w tereny opanowane przez Maoistów” – pytały media. Z dwu powodów. Po pierwsze, wszyscy czworo, będąc w podróży o długiego już czasu, zapragnęliśmy wyrwać się choćby na kilka tygodni z „banki turystycznej”, jak trafnie ujął to Konrad. Postanowiliśmy wiec pojść najmniej uczęszczanym przez turystów szlakiem, bez przewodnika, bez tragarzy.
Po drugie, zadecydowały również i koszty. Dojazd autobusem do miasteczka Dżiri, oddalonego o tydzień marszu od Lukli (zwanej szumnie „bramą do Everestu”) był dwadzieścia razy tańszy niż lot do tejże Lukli.
Powodem, dla którego 99 procent turystów decyduje się na lot, wydaje się być nie perspektywa spotkania z Maoistami (których pozycje zmieniają się od 10 lat, a bywało że zajmowali juz Luklę i wyższe Namcze), ale chęć skrócenia trekkingu, który na trasie Dżiri – Lukla nie należy do łatwych. Szlak nie biegnie bowiem doliną, wspinając się stopniowo w górę, ale przecina liczne doliny, wymuszając każdego dnia uciążliwe, choć nie pozbawione uroku, kilkugodzinne podejścia i zejścia. Ponadto wyprawa z Katmandu do Dżiri autobusem wątpliwej kondycji, po krętej górskiej drodze, niemal każdego miesiąca blokowanej przez Maoistów, trwa 10 godzin, podczas gdy lot do Lukli około 30 minut.
Z obecności Maoistów na szlaku zdawaliśmy sobie sprawę. O braku zagrożenia z ich strony, ale i o nieuchronności uiszczenia „podatku” za wtargniecie na ich teren w wysokości tysiąca rupii (ok. 15 USD), informowano nas w Katmandu nieustannie. Przygotowaliśmy się wiec zarówno na spotkanie jak i na niemoralny wydatek. Wszak nasze ”podatki” miały wesprzeć zbrojenie komunistycznej partyzantki.
Zdradzono nas prawdopodobnie już w Dżiri, do którego dotarliśmy wieczorem 21 marca. Maoiści nie zawsze schodzą z gór do wioski. Ktoś musiał ich uprzedzić telefonicznie tuż po naszym przyjeździe, bo pierwsze bojówki czekały następnego ranka w wiosce Sziwalaja, oddalonej o trzy godziny marszu od Dżiri.
Młodzi komuniści zagrodzili nam drogę, wymachując bloczkiem biletów (Maoiści wręczają pokwitowania, ważne ponoć przez 6 miesięcy) z wizerunkami Marksa, Engelsa, Lenina i Mao i, o zgrozo, z zafiksowana kwotą pięciu tysięcy rupii (70 USD).
Ale na pięciokrotny wzrost „podatku” przygotowani nie byliśmy.
Ponieważ język angielski nie był mocna strona napastników, zezwolili nam na przejście do kolejnej wioski Bandar, gdzie znajdować się miało dowództwo i moglibyśmy negocjować naszą sytuacje.
W małych osadach po drodze wieśniacy opowiadali o nalotach komunistów, którzy przybywają co miesiąc po haracz, a z niesubordynacja rozprawiają się przy użyciu broni. Mijaliśmy zawróconych z Bandaru tragarzy, od których również zażądano kwoty, będącej równowartością 70 USD, a wiec chyba miesięcznego ich zarobku.
Przed zmierzchem dotarliśmy do Bandaru - rzekomej kwatery głównej, gdzie zmuszeni byliśmy spędzić noc, chętnie jednak odkładając negocjacje na poranek.
Świt nie przyniósł jednak większych nadziei na kompromis. Uzbrojeni w karabiny maszynowe i granaty „dżentelmeni” stanowczo zbywali wszelkie nasze argumenty, ekonomiczne, historyczne i logiczne. Przecież nikt o zdrowych zmysłach, wiedząc o „podatku” w wysokości 70 USD, nie przyjedzie do Dżiri, skoro lot do Lukli kosztuje jedynie 20 dolarów więcej. I tu przywódca grupy, o pseudonimie Samul, poraził nas odpowiedzią, że będą strzelać do samolotów z wyrzutni rakiet, które wkrótce zakupią i turyści znów zaczną przyjeżdżać do Dżiri autobusem.
Pozostały zatem dwa wyjścia: zapłacić 280 USD (być może zużytkowane zostaną na owe wyrzutnie) i pójść do Lukli zaplanowana trasą, albo też wrócić do Sziwalaji i przejść nieuczęszczanym, dłuższym, północnym szlakiem do Namcze, licząc, że nie sppotkamy tam komunistów, a mosty będą nadawały się do przejścia.
Wybraliśmy wariant drugi, ale stała się rzecz nieoczekiwana. Czterech wyraźnie niezadowolonych z naszego odwrotu, a uzbrojonych w karabiny mężczyzn, oraz piętnastolatek z torba pełną granatów, podniosło się i zdecydowało, ze będą nas „eskortować” w drodze powrotnej do Sziwalaji. Możliwe scenariusze wspólnego, wielogodzinnego przemarszu przez las pojawiały nam się w najśmielszych wersjach. Struchleliśmy.
Po krótkiej, chaotycznej naradzie, zdecydowaliśmy, że bezpieczniej będzie zapłacić „za pokwitowaniem”, przy świadkach, ratując być może resztę naszej gotówki, aparaty fotograficzne, a nie wykluczone, ze również zdrowie.
Zuchwałość i zniecierpliwienie Maoistów przerażały nas jednak nadal. Nie mieliśmy już pewności, że po uiszczeniu 20 tysięcy rupii, nie zaproponują nam „eskorty” także w kierunku przeciwnym, w stronę Lukli. I wtedy przyszedł nam do głowy pomysł, by zabezpieczyć się przed taka ewentualnością.
Bandar był ostatnia wioska przed Luklą, w której znajdował się telefon. Stwierdziliśmy, że zapłacimy, ale najpierw musimy poinformować przyjaciół o naszej sytuacji, na co Samul łaskawie zezwolił.
Postanowiliśmy zadzwonić do Katmandu, do znajomych esperantystów, informujac, że spotkaliśmy na swej drodze Maoistów i prosząc, by powiadomili o naszej sytuacji ambasadę polska, w razie gdybyśmy nie zadzwonili ponownie, w ciągu czterech dni z Lukli.
Komunikat powtórzylismy dwukrotnie, tak, by Samul wyraźnie go zrozumiał. Przysłuchując się rozmowie telefonicznej zachował jednak pokerowa twarz. Zapłaciliśmy haracz, wręczono nam pokwitowania na 20 tysięcy rupii (280 USD) i ruszyliśmy w dalsza drogę. Bez eskorty.
W ciągu czterech kolejnych dni spotkaliśmy Maoistów jedynie raz. Na przełęczy Tragsindo La minęliśmy sporą grupę umundurowanych i uzbrojonych w karabiny nastolatków, którzy ani nie odpowiedzieli na powitalne „Namaste”, ani też nie zażądali zapłaty, czy okazania pokwitowania. Przeszliśmy przełęcz w pospiechu.
Po czterech dniach, 27 marca, późnym popołudniem, dotarliśmy do rozwidlenia szlaków we wsi Surka. Wojtek z Konradem udali się górną droga do Lukli, by wykonać obiecany telefon, a my z Gosia dołem do Czaplungu, gdzie po trzech godzinach wszyscy mieliśmy się spotkać.
W Lukli chłopcy zostali powitani przez rozentuzjazmowanych policjantów jako ocaleni, zbombardowani wieściami o porwaniu, zasypani przez telefon pytaniami dziennikarzy, ambasadorów, organizacji humanitarnych i innych podobnych instytucji. W wywiadach m.in. z Reuter’em, zaprzeczali, jakobyśmy zostali porwani.
Zgodnie z zapewnieniami policji wszystkie helikoptery wykonywały dodatkowe okrążenie nad trasa z Dżiri, próbując nas wypatrzeć. Uderzyła nas jednak smutna prawda, że gdybyśmy rzeczywiście zostali uprowadzeni, oprócz zamieszania medialnego, żadna faktyczna akcja ratunkowa nie została podjęta. Wojsko w obawie przed garstka Maoistów, którą my mieliśmy rzekomo „szczęście” spotkać, nie wyruszyło nam na spotkanie, choćby o kilka godzin drogi.
Za to w drodze z Lukli do Namcze, żołnierze eskortowali nas uparcie na całkowicie bezpiecznym już, wolnym od Maoistów i pełnym turystów szlaku. W Namcze przeszliśmy od nowa procedurę przesłuchań. Wojsko pozbawiło nas cennych pokwitowań, zapewniając, że je wypożycza do celów śledztwa, a w dalszej naszej drodze do Gokjo i pod Ewerest, Maoistów nie spotkamy.
Dowódca bazy w Namcze – major Chandra Prakash Rajbahshi przestrzegł, że zamieszanie wokół naszej sprawy rozzłościło Maoistów. Samul zaprzeczył (i słusznie) jakoby nas uprowadził, deklarując nawet, ze gotów jest nas poszukiwać i eskortować w bezpieczne miejsce (brrrr).
Nie ma wiec mowy o bezpiecznym powrocie na pieszo przez Bandar do Dżiiri. Na nasze stwierdzenie, że po „opodatkowaniu” przez Maoistów , nie stać nas na lot (zreszta to właśnie niski budżet był jedną z przyczyn, dla których postanowiliśmy iść przez Dżiri), major zapewnił, że zrobi wszystko, co w jego mocy, by zorganizować nam po powrocie spod Ewerestu bezpłatny przelot helikopterem do Dżiri, lub samolotem do Katmandu.
Tak uspokojeni ruszyliśmy dalej, w dziesieciodniowy trekking do Gokjo, przełęczą Czo La pod Ewerest i do doliny Czukung.
W Gokjo spotkaliśmy młodego Izraelczyka, który także próbował przebyć drogę z Dżiri do Lukli. Zatrzymany przez Maoistów stanowczo odmówił zapłaty. Wymierzając w niego karabiny, zabrano mu paszport i plecak. W nocy wkradł się do pokoju, w którym przechowywano jego rzeczy i pod osłoną mroku uciekł z powrotem do Dżiri.
Dręczące nas od kilku dni wątpliwości, czy oby nie byliśmy zbyt mało stanowczy wobec Maoistów, rozpierzchły się natychmiast.
Po powrocie do Namcze udaliśmy się do bazy wojskowej, by wyegzekwować obietnice bezpiecznego powrotu. Sprawa wydawała się poważna. Pokazano nam teczke ze sprawa naszego „porwania” a nastepnie ulokowano nas w hotelu na koszt armii, gdzie mieliśmy oczekiwać na helikopter. Niestety pokwitowania, które mogłyby uchronić nas przed kolejnym żądaniem zapłaty na rzecz Maoistów (gdybyśmy musieli wracać pieszo do Dżiri) zniknęły. Wysłane zostały ponoć do sztabu generalnego jako materiał dowodowy, a poza tym, nie było mowy o pieszym powrocie.
Kolejnego ranka słysząc, że nadleciał helikopter udaliśmy się do bazy, ale polecono nam się spakować, zejść do Lukli, gdzie następnego dnia rano miał na nas czekać inny helikopter.
I tu pan major wykazał się dyplomatycznym sprytem, płacąc za nas rachunki w wysokości dwóch tysięcy rupii i wypychając z obszaru swej kompetencji.
W Lukli niestety nikt na nas nie czekał. Policja nie wiedziała o żadnym locie. Na prośbę o połączenie z majorem w Namcze, wykręcono się stwierdzeniem, że „padły” radiostacja i połączenia telefoniczne. Zaczęto podśmiewać się z naszych żądań. Prośbę o zwrot pokwitowań otrzymanych od Maoistów zignorowano.
Złość narosła w nas gwałtowną fala. Postawiliśmy więc ultimatum. W ciągu dwóch godzin powrócą do nas pokwitowania, lub pojawi się rozsądna propozycja lotu. Jeśli nie, powiadamiamy ambasadę i media.
Postawy zmieniły się natychmiast, ale w rzeczywistości pomógł nam Pawan Lama Sherpa z biura turystycznego, wypraszając u prywatnego przedsiębiorstwa lotniczego „Sita Air”, by zabrano nas do Lukli po stawkach jakie płącą Nepalczycy, czyli za jedną trzecią ceny biletu dla obcokrajowców.
Do fotografii pamiątkowej, którą wraz z podziękowaniami obiecaliśmy opublikować w prasie, przyłączył się, nie wiedzieć z jakiej racji, potulny już teraz szef policji, a także z wiadomych względów dyrektor linii lotniczych.
Mały samolocik wzbił się sprawnie z przykrótkiego pasa startowego i odleciał uwożąc na pokładzie jedynie nasza czwórkę, gdyż popołudniowe loty powrotne do stolicy z reguły bywają puste. Wystarczyło wiec nieco dobrej woli.
Katmandu przywitało nas godzina policyjna. Skrzynka mailowa pękała w szwach. Zaczytując się przez całą noc artykułami o „porwaniu i ocaleniu”, rozmyślaliśmy nad wiarygodnością powtarzanych bezmyślnie przez media tysięcy podobnych, sensacyjnych informacji.
Jedynie BBC podało wyraźnie, że zaprzeczyliśmy porwaniu.