Marzena, 2006-01-07

TURKIESTAN WSCHODNI (21.09-06.10.2005)

Chiny, nie Chiny? „Turkiestan Wschodni, zwany przez okupanta Xinjiangiem” – tak ujal problem pan Tomasz, chyba najtrafniej.
Wkraczamy w sloneczna kraine ludzi o spiewnym glosie, z poczuciem humoru i iskra w oku, ktorej na prozno szukac w cielecym spojrzeniu powsciagliwych Hanow. Odurza nas niespodziewana inwazja estetyki, fantazji, gracji i kobiecosci. Po brudnym, szarym funkcjonalizmie chinskim, domach jak garaze, kobietach jak mezczyzni, nabieramy w pluca swiezego powietrza i rozciagajac usta w usmiechu, otwieramy szeroko oczy.



galeria fotografii cz. 1
galeria fotografii cz. 2

Ale nie zapedzajmy sie tak w radosci. Statystyka dowodzi, ze az czterech Hanow przypada na dziesieciu mieszkancow w tych nie-Chinach. Posilki ciagna nieustannie z dalekiego wschodu i nie trudno przewidziec, kto w tym wyscigu demograficznym odniesie ostateczne zwyciestwo. Stolica prowincji - Urumqi, gdzie Hani stanowia wiekszosc (80%!) bez watpienia zdobyta.
Omijamy wiec pokonane Urumqi i zatrzymujemy sie w Turpanie, niegdys waznej oazie, dzis miasteczku slynacym ze slodkich rodzynkow i wysmienitych win gronowych.
Na targowiskach dominuja sprzedawcy barwnych tkanin i pasmanteri, jako ze wiekszosc ceniacych sie dam, nosi sie tu w szytych na miare sukniach. Stoiska jubilerskie uginaja sie pod ceniona przez muzulmanki ciezka, zlota bizuterie.
Pietrza sie stosy dojrzalych arbuzow, melonow i winogron, sprzedawcy ziol zachecaja by wachac kosztowac i kupowac. Ponentna kompozycja zapachow swiezego chleba i grilowanej baraniny zatrzymuje nas przy ulicznej restauracji, ktorej wlasciciel mowi nieco po rosyjsku. Dosiada sie mlodzieniec o imieniu Halik i dzielac z nami swoja baranine, uczy nas kilku zwrotow ujgurskich.

Z pewna nieufnoscia wyruszamy do jaskini, kryjacej rzekomo fantastyczne posagi Buddy. I rzeczywiscie, atrakcja okazuje sie niegodna swej napuszonej chinskiej reklamy, ale droga do celu wiedzie przepiekna dolina rzeki. Czerwone gory o fantastycznnych ksztaltach odcinaja sie na nieskazitelnym blekicie nieba ostro niczym brzytwy. Mimo upalu „zdobywamy” gore, by przyjrzec sie z wysoka zadziwiajacej okolicy. Z tej perspektywy nawet betonowa atrapa oazy wyglada uroczo.
Sasiednia wioska Gaochang, ktora rozslawiaja ruiny antycznego muzulmanskiego miasta, nalezy do Ujgurow. Poza budka z biletami, turystyczny biznes opanowali lokalsi. Uciech zazywaja tu jednak niemal wylacznie Hani, stanowiac 99% zwiedzajacych.
Posrod marnych pozostalosci wielkiej niegdys oazy, pedza w tumanach kurzu wozki pelne szczesliwcow o ksiezycowych twarzach, ciagnione przez mniej szczesliwe osly. Po pamiatkowej sesji fotograficznej w ruinach palacu, niestrudzone osly uwoza z powrotem towarzystwo, ktore tuz za brama, posrod glosnego sirbania i spluwania, gasi pragnienie olbrzymimi arbuzami.
Oddalamy sie od murow starego miasta i kluczac miedzy cmentarzami i suszarniami rodzynkow, ruszamy spacerkiem w kierunku Turpanu. Kilka kilometrow od atrakcji, okolica traci swoj turystyczny charakter, zamieniajac sie w zwyczajne-niezwyczajne wioski ujgurskie, z kolorowymi targowiskami, usmiechnietymi, a nie narzucajacymi sie ludzmi, skromnymi domkami, oslimi zaprzegami i meczetami przypominajacymi do zludzenia rodzynkowe suszarnie.
W jednej z wiosek, na terenie szkoly odbywa sie mecz zapasniczy. Tlum otacza walczacych scislym kregiem, a wspinanie sie na palce na niewiele sie zdaje, wszak Ujgurzy nie sa niscy. Po chwili jednak goscinny tlum rozstepuje sie i wciagaja do srodka uzbrojonego w aparat Wojtka.
Emocje siegaja zenitu, bo oto zbliza sie final. Na arene wkraczaja dwaj krzepcy mlodziency. Wysoki, siwowlosy dostojnik z gwizdkiem w zebach, swego czasu moze nawet champion, dzis niewatpliwie sedzia, opasuje bohaterow czerwonymi szarfami i daje znak do walki.
Mistrzowie walcza dlugo, a rozentuzjazmowany tlum podkrzykujac i wymachujac piesciami zaciesnia krag, zblizajac sie niebezpiecznie do zawodnikow. Ale rudawy chojrak o rosyjskich rysach szybko znajduje srodek zaradczy, przywracajac publike na stosowne miejsce razami lisciastej rozgi. Uhonorowanemu salwa oklaskow zwyciezcy, sedzia wrecza blyszczace trofeum – zestaw chinskich, stalowych garnkow.
Kolejnego dnia wyprawiamy sie w doliny winogronowe. Dlugo bladzimy wsrod kolczastych ogrodzen, strzegacych chinskich inwestycji, az wreszcie odnajdujemy droge, ktora zieleniejac z kazdym krokiem wprowadza nas do rodzynkowej wioski. Waskie alejki wygladaja skromnie, ale kiedy zagladamy przez szpary wysokich ogrodzen, ukazuja sie nam zacisza urokliwych podworek.
Po chwili kobieta wciaga nas przez furtke i nagle znajdujemy sie po drugiej stronie, w srodku ujgurskiego domostwa.
Rozpiety nad calym podworkiem baldachim winorosli rzuca azurowy cien na lezanki, lawki i lozka, wyscielane kolorowymi poduchami i dywanikami. Srodek dziedzinca zdobi ogrodek kwiatow i drzewek w glinianych donicach.
Podworko zaludnia sie natychmiast, z domu wychodzi cala rodzina. Babcia wynosi niemowle w kolorowej kolysce, gospodarz kolejne poduszki, jego zona ciastka, herbate, rodzynki i swieze winorona.
Gospodarz wyciaga mandoline i zaczyna przygrywac. Wciskaja mi olbrzymie tamburyno. Dziewczynki tancza, po chwili przylacza sie do nich matka.
Kobieta oprowadza mnie po posesji. W domu pelnym poduszek, dywanow i fotografi wysluchuje wyjasnien do kazdego zdjecia, kazdej postaci, nic nie rozumiejac z dzwiecznego potoku ujgurskich slow. Zachodzimy do sadu, przeskakujemy przez strumien i spogladamy na niekonczace sie pola winogronowe. Wejscia na podworze strzega dwa malutkie, ale dzierskie psy na niewiarygodnie grubych lancuchach, jakby to byly niedzwiedzie.
Gospodarze wysylaja nas na spacer w towarzystwie wesolych i psotnych coreczek, calkiem niepodobnych do ulozonych, malych Chinczykow. Przegnani przez dziewczynki przez jalowe wzgorza, poprzecinane waskimi oazami wzdluz potokow, pomiedzy cmentarzami, przy ktorych daja znac by milczec, a same przebiegaja wsrod grobow chichoczac, skapani w rzece, wysmarowani glina, sfotografowani we wszelkich konfiguracjach rodzinnych, wymieniwszy podarunki, wracamy ta sama polna droga, mijajac suszarnie i sortownie rodzynkow.
Zacheceni przez mezczyzn wymachujacych lopatami przed wielka dmuchawa, podchodzimy by przyjrzec sie brunatnej fontannie rodzynkow i natychmiast nasze garscie i kieszenie wypelniaja sie slodycza. A skoro juz przyjelismy prezent w jednej sortowni, nie sposob ominac kazdej nastepnej, bo gospodarze przescigaja sie teraz w obdarowywaniu nas coraz slodszymi i wiekszymi bakaliami.

Do Kuchy zabiera nas para mlodych Ujgurow. Pedzimy prosta jak stol, wypalona sloncem rownina. Potem dlugo krazymy po ksiezycowych, zwirowo-piaszczystych gorach, ktorych stare, zpadajace sie szczyty i plytkie doliny przypominaja faldy czarnego, zniszczonego atlasu. Przez kilka godzin nie dostrzegamy chocby najwatlejszych oznak zycia.
Na postoju, w restauracji przelamujemy lody i mieszanina chinsko-rosyjsko-angielska obgadujemy Chinczykow i ich okupacje.
Boli glownie ropa, ktora Hani wypompowuja bez skrupulow. Mijamy plonace na horyzoncie szyby naftowe i karawany cystern. Turkiestan dostaje za nafte nowe drogi i koleje, ktorymi czarne zloto odjezdza do Szanghaju, Kantonu i Pekinu.
Szybow strzeze wojsko, drog policja. W „autonomicznej” prowincji dostep do ropy, administracji i zarzadu maja jedynie Hani. Ujgurzy zajmuja sie rolnictwem.
Przy wjezdzie do Kuchy blyszcza w ostrym sloncu budynki nowej rafinerii. Asfaltowa, dwupasmowa droga pedza wiesniacy na wozach zaprzegnietych w osly, pedaluja na rowerach. Czasem ktos przemknie na motocyklu i tyle ma ze swego czarnego zlota, ile zatankuje do malego baku. Bo Ujgur w samochodzie to rzeczywiscie rzadkosc.

Zamierzajac przeprawic sie przez pustynie Taklamakan, wracamy na wschod, do Korli. Kierowca z niejasnych powodow krazy posrod pol naftowych, narazajac nas na podejrzliwe spojrzenia uzbrojonych po zeby straznikow.
Znajdujemy droge odbijajaca na pustynie i minawszy miasto wedrujemy na poludnie. W wiosce zatrzymuje nas starzec, ktory niejedno juz widzial i przepedza ciagnacych za nami jak sepy taksowkarzy. Dziadek podziwia nasz zapal, wykombinowal sobie bowiem, ze chcemy przejsc pustynie pieszo.
Otacza nas juz spora grupa wiesniakow, ktorzy nie zostawiaja nas w potrzebie jak zwykli to robic zaklopotani Chinczycy, ale probuja odgadnac nasze zamiary i jakos zaradzic. Zatem juz po chwili siedzimy wygodnie w luksusowym samochodzie Hanow, zarzadzajacych ktoryms z licznych szybow i tak w towarzystwie wesolych okupantow, wbijamy sie jak pijawki, coraz glebiej i glebiej w kierunku serca pustyni.
Ale nasi dobrodzieje mecza sie szybko i zostajemy na nocleg w ostatniej osadzie, przy rzece bedacej granica miedzy zielonym i zywym a oceanem piachu. Pierwszy zachod slonca na pustyni, pierwsza slona herbata i zimna, cicha noc.
O swicie ruszamy dalej i podskakujac dzionek caly na przyczepie traktora, moknac w rzadkim pewnie w tych stronach a zbawiennym deszczu i schnac smagani zimnym wiatrem, podziwiamy pustynie. Mozna by pomyslec, ze otaczac nas bedzie jedynie piach, gory piasku, morze piasku, zloty bezkres. Cala droge towarzyszy nam jednak marny efekt uporczywego pragnienia czlowieka do zawladniecia zywiolem. Wzdluz asfaltowej drogi ciagnie sie waski pas anemicznej zieleni i setki kilometrow rurek do nawadniania. Co piec kilometrow mijamy przepompownie, a przy niej straznika, ktory macha radosnie kazdemu mijajacemu go kierowcy. I nie mozemy przestac sie glowic nad tym, jakiez to straszne przestepstwo popelnil czlowiek zeslany na pustynie? A wiedziec trzeba, ze owym nieszczesnikiem jest Han, przywykly do zycia w tlumie.

W sercu pustyni droga sie rozwidla. Na skrzyzowaniu stoi kilka obskurnych barakow, co szumnie zwa sie miasteczkiem.
Do zmierzchu pozostalo kilka godzin. Wspinamy sie wiec na piaszczyste gory, wcale sie w nich nie zapadajac, tak jak to sobie wyobrazalismy. Pustynia jest przepiekna ale i przerazajaca. Nic tylko cisza i fale czystego piasku, tak delikatnego, ze nie sposob utrzymac go w dloni. Ani pylku kurzu, tylko zlote i czarne ziarenka, ktore wiatr uklada w zadziwiajace mozaiki i ksztalty.
Noc przegania chmury ukazujac na niebie gwiazdy. Na ciemnym horyzoncie plona szyby, zdradzajac lokalizacje pol. Ukrywszy namiot miedzy dwiema gorami, liczymy naftowe pochodnie, poki nie zmozy nas sen a zimno nie wcisnie gleboko w spiwory.
Poranek wita nas upalem. Niebo wsciekle blekitne, zloto pustyni plonie i faluje w rozzarzonym powietrzu.
Pustkowie zmiekcza serca Chinczykow i juz po kilku minutach zatrzymuje sie samochod. Zolty piach rozlewa sie po horyzont, w najbardziej wietrznych miejscach odkrywajac szara, zwirowa tkanke. Na swych krancach, w okolicy rozleglych koryt wyschnietej rzeki, pustynia przpycha sie ze skapym ale upartym zyciem. Na mizernych lakach pojawiaja sie owce, ale majaczace na choryzoncie gory piachu przypominaja wciaz o nietrwalosci krajobrazu.
Droga do Hotanu biegnie wzdluz granicy pustyni, ktorej drapieznosc dosiega nas jeszcze gwaltowna burza. Szarawe strugi przelewaja sie z jednej strony na druga, oddzielajac nas od wszelkiego obrazu nieprzejrzysta kurtyna piasku. Samochod to staje, to jedzie, gdy mlecznosiwa zaslona rzednie na chwile, a my bezustannie mruzac oczy, sprawdzamy czy nie wypadlismy z drogi.
Ale z kazdym kilometrem wplywy pustyni slabna, pojawiaja sie wioski i strzeliste drzewa. Szeroka, dwupasmowa droga suna osle zaprzegi, a haotyczni woznice w baranich, wysokich czapach, wciaz nie przywykli do obecnosci koni mechanicznych, zajezdzaja droge cysternom i luksusowym pojazdom skosnookich szejkow. Gliniane, kryte strzecha chaty i miniaturowe poletka wciaskaja sie w wilgotne wyspy posrod kamienistej martwoty. Wokol krzataja sie kobiety w kolorowych sukienkach i bizuteri, zawsze piekne, zawsze kobiece.
Tam gdzie koncza sie zaborcze wplywy pustyni, tam tez zdaja sie konczyc podobne wplywy Chinczykow. Przy wjezdzie do miasteczka stoi buda policyjna, przed nia lozko zelazne, stol i trzech uzbrojonych Ujgurow. Wymownie poprawiajac karabiny, obciazaja kierowce stosownym do narodowosci „podatkiem drogowym”. Przeglad paszportow z „Polszy” konczy zwyczajowa pogawedka o stanie cywilnym i religi, a potem, droga wolna.

Hotan, gdzie najpiekniejsze w Chinach dywany, jadaidy i jedwabie, jest na tyle muzulmanski, na ile Han na to pozwolil, wciskajac tu i owdzie swa mysl architektoniczna. W centrum, podobnie jak w innych miasteczkach, koszmarny pomnik upamietnia „braterskie” pojednanie narodow w osobie Mao i lokalnego przywodcy. Dlonie nieprzecietnie niskiego Ujgura i gorujacego nad nim, niezwykle wysokiego Hana zamykaja sie w kamiennym uscisku na wieki.
W przeddzien rocznicy ustanoweinia Chinskiej Republiki Ludowej, ulicami przemaszerowuje milczacy i smutny pochod kilkudziesieciu Chinczykow w czerwonych uniformach, dzierzacych narodowe flagi. Ujgurzy przygladaja sie tej demonstracji wladzy z rozbawieniem, bo rzeczywiscie nie wyglada imponujaco. Czerwony tlumek po chwili znika, na ulicy powraca zwyczajny gwar i harmider, a my zanurzamy sie w folklor lokalnego bazaru, kolorowych straganow, sprzedawcow twarozkow, chleba i lbow baranich.

Urodziny republiki chinskiej spedzamy w drodze do Kaszgaru, z dwoma szalonymi siostrami z Szanghaju. Mlodsza jest nauczycielka, starsza pisarka, pewnie wzieta, bo dziewczyny podrozuja nowa Toyota. Wciaskamy sie w skorzane siedzenia i dyskretnie zakrywamy uszy, bo naszym paniom zebralo sie na spiewanie, a asertywnie rzecz ujmujac, spiewac nie powinny.
Pisarka zbiera dokumentacje do swej ksiazki o Xinjiangu, strzelajac zdjecia w biegu, przez przykurzone szyby. Ale male jeziorko tuz pod Kaszgarem kusi urkiem tak nieodpartym, ze beztroskie szanghajanki podjezdzaja samochodem do grzaskiego brzegu i oczywiscie grzazniemy. Nieswiadomi katastrofy przygladamy sie oslupiali jak mlodsza siostra pozuje przez kwadrans do zdjecia z pluszowymi misiami, ktore nazywa najlepszymi przyjaciolmi. Pisarka niestrudzenie uzupelnia swa dokumentacje, uwieczniajac siostre, zachod slonca i wreszcie nas, umorusanych blotem i probujacych wypchnac samochod.

Kaszgar przypomina nam olesnie, ze jednak wciaz znajdujemy sie w granicach Chinskiej Republiki Ludowej. Choc Hani sa mniejszoscia, „china town” ciegnie sie, z wyjatkami, od kranca do kranca miasta.
Niedzielny targ zachowal swoj oryginalny charakter. Jedwabie, kaszmiry, futrzane czapy, suszone weze i ziola. Wszystko czego dusza zapragnie. W kwartale odziezy i butow uzywanych, kobiety szczelnie zaslaniaja twarze. Dzieci ustawiaja sie w kolejce do zdjecia, dorosli odwracaja sie od obiektywow, osly nie protestuja.
Wchodzimy w stare miasto, pomiedzy gliniane domki. Zapach swiezego chleba z malenkich muzulmanskich piekarni, powiela sie w nieskonczonosc na kazdym rogu. Tu czas najwyrazniej stanal w miejscu. W warsztatach podzwaniaja mlotki slusarzy, kowali i jubilerow. Kolorowe dywany wylewaja sie z ciemnych sklepikow na uliczki, czapkarze przescigaja sie w wymyslnych ornamentach kolorowych nakryc glowy. Dzieci graja w zoske, nadbiegaja z zaulkow, wygladaja zza waskich drzwi domostw, proszac o zdjecie.
Miasto w miescie. Mury pamietajace jeszcze byc moze wielkie dni szlaku jedwabnego, opierajace sie dzielnie zebowi czasu, podgryzane tu i owdzie przez chinska modernizacje.

Nad blekitnym jeziorem Kara Kul w dolinie dwoch gigantow Pamiru, gdzie Kirgizi scigaja sie z wiatrem na wyglodnialych koniach, Chinczycy ogrodzili brzeg plotem dlugosci kilometra. Wysoka brama straszy nieprzyzwoita oplata za wtargniecie na teren przybytku, ktory kaleczy piekny krajobraz koszmarnym hotelem i betonowymi jurtami. I choc wystarczy powedrowac kilka minut w prawo lub w lewo, by dotrzec do niestrzezonej czesci sporego jeziora, chinscy turysci, jak barany na rzez, kieruja sie prosto w te absurdalna brame.
Mijamy plot i schodzimy do letniej osady kirgiskiej, by w jurcie zaprawic sie goracym, slonym czajem i makaronem z kapusta do mroznej nocy w namiocie.
Rano wzmocnieni tym samym menu, rozgrzani slalomem unikow i wymowek wobec natretnych gospodarzy, wciskajacych nam konie i wielblady, ruszamy na podboj okolicznych wzgorz. Siedmiotysieczniki w poteznych czapach lodowcow, przegladaja sie w jeziorze, zatrzymujac chmury i chmurzyska, z ktorych nietrudno wywrozyc deszcz. Ale szczescie nam sprzyja, pada tam gdzie nas nie ma, podziwiamy wiec bezpiecznie ze wzgorz fantastyczne mozaiki rzek i dolin, zawrotna gre kolorow sniegu, skal i nieba, nieokielznana fantazje przyrody.
Spacer wokol jeziora dreczy nas pytaniem, czemuz to pod Kirgizem kon pedzi, a pod turysta, nawet zaprawionym w jezdzie, wlecze sie i wciaz przystaje. Tajemnice odkrywamy szybko, kiedy kolejny poranek kusi nas bezchmurnym niebem, a gospodarz podejrzanie niska cena za dwa siodla.
Dosiadamy wierzchowcow, Kirgiz przprowadza nas przez rzeczke, pokazuje droge i hola. Ale tuz za rzeka, jeszcze w zasiegu wzroku sprytnego gospodarza, konie zatrzymuja sie i rozpoczynaja popas na mizernej lace i niech ktos sprobuje przeszkodzic glodnej bestii zmuszajac ja do biegu. Zbuntowane konie, popedzane wyuczonym „czok”, pokazuja nam calkiem sprawny jeszcze garnitur zebow i wierzgaja nerwowo.
Ile moze zajac popas wyglodnialego konia na mizernej lace, nie trudno przewidziec. Ale Polak nie jelen, na taki wyzysk zgodzic sie nie mosie nie zgodzi. Po godzinie nadchodzi Kirgiz i kpiac sobie nieco, ciagnie strajkujace zwierzaki do jurty. Ot, biznesmen.
Kolejna noc spedzamy w jurcie. Wlasciciel jest lokalnym elektronikiem. Chlopak z sasiedniej wioski przyniosl magnetofon kasetowy a mezczyzna rozkreca go w swietle piecyka zelaznego i rozgrzanym do czerwonosci pogrzebaczem spawa kabelki. Po chwili z trzeszczacej kasety plynie spiew zony gopodarza, ktora udziela sie w miejscowym zespole.
Gospodarz rozkreca sie nieco i lamanym angielskim, wspomaganym rownie pokretnym chinskim, opowiada o zyciu mniejszosci Kirgizkiej. Mieszkaja w kilku wioskach w poblizu jeziora. Nie lubia Tadzykow, ani Ujgurow zlodziei. Do Kazachow nic nie maja, byc moze dlatego, ze zyja daleko, w Urumqi. Za to Chinczyk to zloty czlowiek, nie cisnie, pomaga, pozwala Kirgizom miec troje dzieci, a w szkolach pracuja lokalni nauczyciele.
Na ale czemuz Han mialy gnebic garstke (3000) Kirgizow. Wplywy na jeziorze podzielone, wioski i urodzeni w siodle jezdzcy zatrzymali sie w czasie nie mniej niz 100 lat temu, a folklor jest teraz w cenie.

Tashkurgan jest ostatnim miasteczkiem a raczej duza wioska pod pakistanska granica. Trzy drogi krzyzuja sie tu bez zbednych kombinacji, a wahadlowy autobus miedzynarodowy pompuje drobnych przemytnikow w te i z powrotem.
Z ruin fortu na niewielkim wzgorzu rozciaga sie piekny widok na rudo-zlota doline. Kobiety piora na lakach dywany i stroje, ukwiecajac jesienny krajobraz.
Schodzimy na dol i kluczymy miedzy meandrami strumieniami, zagladajac do opuszczonych juz chat letnich.
Kilka kilometrow dalej stoi dom caloroczny, a dostrzeglszy nas Tadzik zaprasza do srodka. Surowa, gliniana chata ozywa w srodku barwami dywanow ze scian, lozek, ornamentyka recznie malowanych mebli, mieknie od dziesiatek poduszek i lagodnego swiatla rozproszonego przez koronkowe firanki.
Mezczyzna rozwija na lozu kolejny dywan, a dziewczynki wnosza przepyszny jogurt w miseczkach i cieply jeszcze chleb.
Gospodarz ma troje dzieci, tak jak kazdy Tadzyk (na tyle pozwala prawo). Przyszly dziewczynki od sasiadow, w chustach. Corki gospodarza nie musza okrywac glow w domu, ale kiedy przychodzi czas na pamiatkowe zdjecia, poslusznie zakladaja chusty.
Tadzyk na Chinczyka nie zlorzeczy, ale nie pala takim entuzjazmem jak Kirgiz. Dzieci ucza sie we wlasnym jezyku. Pokazuja nam ksiazki i zeszyty. A wiec jedynie podrecznik do chinskiego jest chinski.
Rysuje na ziemi olbrzymia koperte probujac wyjasnic, ze chcemy przyslac zdjecia. I kiedy tak sie gimnastykuje, stosujac sprawdzona na Chinczykach metode obrazkowego klarowania problemu, gospodarz nagle mowi do corki „adres” i dziewczynka pedzi po kartke i dlugopis.
No prosze, jak prosto. Ale po roku w krainie piktogramow zapomnielismy, ze pewne slowa, maja podobne brzmienie w wiekszosci jezykow na swiecie.
Najwyzszy czas na rekonwalescencje.

Opuszczamy Chiny w pieknym stylu, zegnani tu i witani tam tym samym majestatycznym, choc srogim krajobrazem Karakorum. Nie plynie lza, nie spogladamy tesknie na polnocny-wschod. Od dlugiegu juz czasu towarzyszy nam przekonanie, ze mimo silnych wplywow Panstwo Srodka pozostalo daleko za nami, poza Turkiestanem, poza kraina Ujgurow, Tadzykow i Kirgizow.

© www.naszawyprawa.com

galeria fotografii cz.1
galeria fotografii cz.2





Platforma handlowa