CHINY cz. 8 – przystanek Xi’an (20.02-21.09.2005) Z wilgotnego, tonacego w mgle Chongqingu, wypelniony po brzegi pociag przenosi nas do mroznego ale slonecznego o tej porze Xi’an. Lutowy snieg razno skrzypi pod nogami, wiec mysl, ze przyjdzie nam tu spedzic kolejne dlugie miesiace, nie wyciska lez.
Na dworcu czeka nasz chisnki aniol stroz, ktory nie po raz pierwszy rozklada nad nami swe troskliwe skrzydla. Wang jest czlowiekiem niezaleznym, samoukiem, ma otwarta glowe i olbrzymia doze krytycyzmu. Choc bez skrupulow obnaza przed nami najpodlejsza nawet prawde o swoim kraju i ziomkach, nie uchronil sie jednak przed charakterystyczna dla Chinczykow megalomania. Z drugiej strony, jak wielu innych, ktorzy nie znaja angielskiego, czy innego jezyka dajacego dostep do niezaleznych zrodel wiedzy, nie do konca tez uchronil sie przed propaganda rzadu, majaca na celu wlasnie to skrzetne budowanie w obywatelach dumy narodowej. Mimo wiec wrodzonego krytycyzmu, poprzstaje na mijajacych sie czesto z prawda, lub grubo naciaganych publikacjach chinskich, filtrowanych od czasu do czasu wiedza z esperanckich czasopism czy stron internetowych.
Troska Wanga wychodzi na przeciw licznym naszym potrzebom, w szczegolnosci zas glodowi wiedzy o Chinach, ktory zaspakajac gotow jest zawsze i wszedzie, majac w zanadrzu tysiace jezacych wlos na glowie histori.
Ale zanim na dobre rozkreci sie w swej misji chnizowania naszych mozgow, opuszczamy na chwile Xi’an i pedzimy do Szanghaju na zlot rodzinny.
Na lotnisku, na oczach skrywajacych zazwyczaj emocje, ale nigdy wscibstwo Chinczykow, rzucamy sie po slowiansku w ramiona meskich delegatow naszych rodow, dzielnych ojcow i brata Marcina. Wsrod lez i smiechow przekrzykujemy sie, zdajac na wyscigi relacje z dwu juz niemal lat rozlaki, przygod podniebnych, achow, ochow i pozdrowien.
Pokonujemy bezlitosne bramki Chinskiej Wenecji (Zhouzhuang) jako „dziennikarze”, okazujac eleganckie polskie prawo jazdy i pedzimy sielski zywot posrod kanalow, mostkow, gondolierow i uroczych domkow. Zajadajac sie polska czekolada, chlebem i kielbasa, popijajac porzadna kawe i bardziej wyskokowe, swojskie napoje, snujemy dlugie opowiesci, ogladamy zdjecia i upajamy sie atmosfera rodzinna.
Objuczeni pamiatkami i zdajacym sie nie ubywac polskim prowiantem, przenosimy sie „na lono natury”, do zielonego Hangzhou, nad piekne, wielkie jezioro. Po pierwszym zaskoczeniu, ze Chiny nie tona w polach ryzowych, lecz w blasku stali i szkla nowoczesnych wiezowcow, wedrowki po miescie zdaja sie wcale nie szokowac chlopakow. Zupelnie jakby urodzili sie w Chinach. Zaczynamy ich wiec podejrzewac o jakies tajemnicze szkolenia tuz przed przylotem.
Wieksze wrazenie robia zatem bambusowe rusztowania na budowach i inne przyklady „zawilej”, chinskiej mysli technicznej, niz marsze emerytow na biegu wstecznym, czy tance z wachlarzem w miejskich parkach. A mielismy spojrzec na Chiny inaczej, zadziwiwc sie tym co nam juz spowszednialo, sledzac ich swieze spojrzenia i reakcje. A tu masz ci los, towarzystwo sie nie dziwi!
Za to Chinczycy gapia sie zdezorientowani, kiedy w pieknych parkach uprawiamy zbieractwo, wypelniajac kieszenie nasionami, ktore przeszmuglowane zostana do kraju, by zakorzenic sztuke chinskiego ogrodnictwa na wsi polskiej.
Po dostatecznym przegonieniu naszych swiatowcow po bambusowych laskach, chinskich ogrodach, straganach, swiatyniach i folklorystycznych zaulkach, ladujemy z powrotem w Szanghaju, ktory podoba sie gosciom najbardziej. Nie chca sie jednak fotografowac w waskich uliczkach, poprzecinanych praniem kolorowym jak buddyjskie choragiewki, tak charakterystycznych dla Szanghaju, a tylko na tle najokazalszych szklanych wiezowcow, choc trzeba przyznac rownie charakterystycznych dla miasta. Apogeum podziwu dla futurystycznego oblicza Chin osiagamy spogladajac na szklane cuda noca, z wiezy telewizyjnej, zwanej dumnie Perla Wschodu.
I tak, wypelnionych zludnymi wrazeniami o dobrobycie tej azjatyckiej „Ameryki”, odsylamy zacnych ojcow via Moskwa, do starej, dobrej Polski.
Z Marcinem ruszamy dalej, do Qiangkou, gdzie nie nekani przez grupki czerwonych i zoltych czapeczek (wszak to swieta pora obiadu), zatapiamy sie w klimat czasow swietnosci wielkich rodow kupieckich. Ukryte wsrod kwitnacych wisni, drewniane swiatynie i chlodne rezydencje, wydaja sie bacznie sledzic ze wzgorza chlopska mordege w dolinie, choc brak im zewnetrznych okien. Mrok pokoi rozswietlaja jedynie kamienne dziedzince, wypelnine sloncem i woda. Cisze przemijania przerywa od czasu do czasu lekkie skrzypienie podlogi i koci spiew starcow w sasiedniej rezydencji, usilujacych z ujmujaca nieudolnoscia nasladowac chinska opere.
Zrelaksowani aura miejsca tchnacego spokojem tak rzadkim w tym kraju, udajemy sie baczna droga do mekki turystycznej - Huangshan. Gdyby nie bez konca ciagnace sie w dolinie rzeki wioski, moznaby ulec zludzeniu, ze wrocilismy do Yunnanu. Dotarcie pod oslawione gory calkowicie jednak rozwiewa to wrazenie i przywraca nas na powrot w chinski metlik, posrod straganiarzy, naganiaczy i masowe wycieczki.
A jednak widok na wznoszace sie nad miastem gory lagodzi bol powrtotu do chinskiej rzeczywistosci.
Wojtek z Marcinem ida wiec pomiedzy fantastyczne skaly palce, sterczace drapieznie w gestej mgle, w ten krajobraz ukochany przez wszystkich niemal chinskich malarzy i fotografow, w ta scenerie, w ktorej rozgrywaja sie wielkie dramaty chinskich love stories ksiazkowych i telewizyjnych.
Na najwyzszym ze szczytow zakochani zamykaja na klodke milosc. Stad tez rzucaja sie nieszczesliwi kochankowie. Dyrekcja parku wychodzac na przeciw tym pierwszym potrzebom a i zapobiegajac desperackim porywom serca, zainstalowala metalowe barierki, ktore bija po oczach nieszczesliwca tym prostym faktem, ze latwiej zakluczyc niz przeskoczyc.
Czy Wojtek albo Marcin poddali sie tym przesadom, tego nie zdradza nigdy, ale wrocili zadowoleni i pewni siebie.
Wracamy do Szanghaju. W drodze na lotnisko po raz kolejny podziwiamy organizacje ruchu nowoczesnego metra, ktorego wagoniki zapelniaja sie pasazerami w piec sekund, nigdy dluzej. Godny uwagi jest fakt, ze Chinczycy spiesza sie i pchaja tak przy w siadaniu jak i wysiadaniu, nawet gdy metro jest puste, a pchajacych sie jedynie dwoch. Gdy drzwi z nadmiaru pasazerow nie chca sie domknac, zaradza temu peronowy straznik, dociskajac maruderow na sile.
Powracamy do Xi’an i zadamawiamy sie. Blok miesci sie miedzy wojskowa stacja satelitarna a fabryka rakiet przeciwlotniczych. W poludnie ulice blekitnieja od mundorow pracownikow fabrycznych, ktorzy pomykaja na rowerach na przerwe obiadowa.
Przy skrzyzowaniu ciagna sie szeregi muzulmanskich restauracji i spory bazar, gdzie raz w tygodniu uczniowie pobliskiej szkoly fryzjerskiej trenuja na straganiarzach.
Zaprzyjazniamy sie ze sprzedawcami warzyw, nalesnikow i makaronow, a przede wszystkim chleba i swiezego mleka, o ktorych tak rozpaczliwie snilismy w Chongqingu. Pan w budce z piwem, nie przerywajac drzemki, kaze sie obslugiwac samodzielnie.
Pomiedzy bazarem a naszym mieszkaniem zanjduje sie urzad dzielnicowy, ktory swa wlasciwoscia obejmuje kilka sasiednich wiosek. Raz na jakis czas budzi nas huk bebnow i okrzyki wiesniakow, pikietujacych przed brama i na dziedzincu urzedu. Pokojowe zgromadzenia postulacyjno-protestacyjne, o ile nie maja charakteru antyrzadowego, nie spotykaja sie z oporem wladzy. Jak twierdzi Wang, partia jest cwana i przeczekuje podobne wystapienia, czy nawet strajki pracownicze, liczac, ze predzej czy pozniej towarzystwo sie znudzi, wiec po co rozpraszac ich sila, kreujac bohaterow.
Z naszym urzedem sprawa ma sie nieco inaczej. Zgromadzenia jak najbardziej pokojowe, zadania niezbyt wygorowane (zwykle wies wnosi o niewielka zapomoge) ale zamieszania przy tym co nie miara. Bo jak tu wykonywac funkcje publiczne, gdy droga wzdluz urzedu zablokowana, a lomot olbrzymich bebnow pod oknami biur nieznosny. Do tego jeszcze, odeslani z kwitkiem wiesniacy, zlosliwie pozostawiaja na dziedzincu fury smieci. Tak wiec po godzinie lub dwoch, wychodzi z urzedu jakis wazny „garnitur” i wrecza prowodyrowi koperte z symboliczna kwota, zazwyczaj tysiaca yuanow.
Zapytany, coz setka wiesniakow robi z tak „zawrotna” forsa, Wang twierdzi, ze jada do restauracji na dobry obiad. Ot zaszaleje sobie raz do roku jakas wioska na koszt panstwa.
Pewnego ranka przed urzedem znajduje grupe osob ubranych na bialo, obstawiajacych mury wiencami. W bramie ktos lezy przykryty bialym plotnem, spod ktorego wystaja tylko nogi. Nad cialem kolysze sie na kleczkach kobieta i zawodzi glosno, ale jakos tak bez emocji, rytualnie.
Kiedy wracam, nikt juz nie lezy, a towarzystwo rechocze, wiec ludze sie, ze to jakis zart. A Wang rozwiewa moje zludzenia, klarujac, ze to tez forma protestu, tyle, ze z nieboszczykiem w roli elementu nacisku. Rodzina okazuje w ten sposob niezadowolenie z niskiej zapomogi i blokuje denatem brame dopoty, dopoki urzad nie wydeleguje kogos ze stosowna kopeta.
Nieboszczyka dostarcza sie z wioski roznymi srodkami transportu, bywa, ze i autobusem podmiejskim, jesli znajomy kierowca nie przegoni.
Podobna praktyke stosuja wiesniacy w przypadku morderstwa. Rodzina podrzuca zwloki pod dom domniemanego zabojcy, z milczacym zadaniem wykupienia sie od winy, albo, jak kto woli, odszkodowania.
W nowoczesnych prowincjach wschodnich takie rzeczy, zdaniem Wanga, sie nie zdarzaja. Tam zwloki darzy sie szacunkiem, a wladza nie pozwala na podobne wybryki. Ale tu jest dziki zachod i przedsiebiorczy wiesniacy wykorzystuja krewnego do ostatniej chwili, dokad w proch sie nie zmieni.
Barbarzynskie zajscie przed urzedem, nie przeszkadza Wangowi podtrzymywac twierdzenia o silnych wieziach miedzy krewnymi, o zakorzenionym gleoko w tradycji Chin wielkim znaczeniu rodziny, szacunku do starszych i czci oddawanej przodkom (sic!).
Stosownie do znaczenia rodziny, slownictwo jej dotyczace, jest w jezyku chinskim niezwykle rozbudowane. Inaczej nazywa sie starszego brata, mlodszego, jeszcze inaczej najmlodszego, inaczej starsza siostre ojca, dziadka ze strony matki, itp.
Ciekawe jest, iz mimo istnienia odrebnych slow dla krewnych nie tylko kazdego stopnia, ale i plci, w jezyku chinskim niewielkie znaczenie ma oznaczenia plci czlowieka jako takiego. Ponoc specjalne znaki wyrozniajace plec pojawily sie niedawno, mimo to wymawiane sa tak samo. Chinczykom zdaje sie to nie przeszkadzac, ma byc wrecz wyrazem calkowitego braku dyskryminacji plciowej. Otoz Chinczyk ponoc nie mysli o bliznim w kategoriach plciowych.
A jednak czytajac wczesniejsza literature bywa zaskoczony, ze bohater to jednak kobieta, o czym ma swiadczyc epizod erotyczny z konca powiesci, kiedy to urzednik (ona) rzuca sie do lozka innego wysokiego urzednika, niewatpliwie plci meskiej.
Do zawilosci chinskiego powracamy przy okazji dyskusji na temat macierzystego jezyka Zamenhofa. Opowiadam o zaborach, okupacji, narzuceniu obcego jezyka i podtrzymywaniu kultury i jezyka polskiego w „podziemnych” szkolach i w domu rodzinnym. Ale Wang stwierdza, ze on przeciez ma trzy jezyki macierzyste: dialekt rodzicow, dialekt lokalny i mandarynski.
Pytam wiec w jakim jezyku sni, mysli, albo czyta, a on, ze to zalezy od tego czy sen, mysl, albo ksiazka maja zwiazek z rodzicami i ich wisoka, czy z miejscem gdzie Wang wyemigrowal jako dziecko i zyje do dzisiaj, czy tez jest to temat neutralny. W pierwszym przypadku sni, mysli i czyta w jezyku rodzicow, w drugim, w dialekcie lokalnym, a w trzecim - w mandarynskim. To nie zalezy od woli.
Mimo tych predyspozycji „multilingwistycznych”, Chinczycy maja olbrzymie problemy z nauka jezykow obcych. Nie pomagaja tu ani wielkie checi, ani, jak twierdzi Wang, wyjatkowa „wrazliwosci” na piekno obcej mowy. Ponoc Francuski bardzo im sie w brzmieniu nie podoba. Wloski jest przyjemny, ale gdy ktos spiewa w tym jezyku, maja wrazenie, ze to krzyk ptasi.
Urazona krytyka jezykow romanskich odparowuje, ze gdy slysze opere pekinska, wydaje mi sie, ze koty marcuja. Ale Wang nie speszony, twierdzi, ze wiekszosc Chinczykow nie cierpi opery pekinskiej, ktora mylnie utozsamiana jest z chinska. Przywedrowala ona do Pekinu za sprawa Mandzurow z prowincji Anhui, podczas gdy prawdziwa chinska opera, ktora narodzila sie, tak jak same Chiny, w prowincji Henan, jest zupelnie inna, piekna, dostojna. I na poparcie swych racji Wang daje mi do porownania plyty, ale widac slon depnal mi na ucho, bo nie wychwytuje niuansow, wciaz slyszat te same koty na jednej i drugiej plycie.
Gdy mowa o kolebce Panstwa Srodka, prowincja Henan popadla ostatnimi czasy w nielaske, z uwagi na swe glebokie zacofanie kulturalno-gospodarcze. Chinczycy zawstydzeni takim obrotem sprawy zaczynaja rzekomo snuc konkurencyjne teorie, na temat tego, gdzie narodzila sie ich wielka cywilizacja. Nie wypada juz bowiem ogladac sie na zacofany srodek, kiedy wschod pyszni sie stala i szklem. Niewykluczone zatem ze dostosowujac historie do potrzeb dobrego wizerunku, chinscy naukowcy olsnia wkrotce swiat teoria, ze Panstwo srodka narodzilo sie gdzies z boku, blizej wschodniego wybrzeza. Ot wiernosc przodkom i historii.
Jak wynika ze slow Wanga, takze mieszkancy prowincji Shaanxi, ktorej Xi’an jest stolica, odwracaja sie (jednakze w kierunku wschodnim) od macierzystego srodka. Przyczyna tego ma byc poczucie wiekszej tozsamiosci z odlegla prowincja Xinjiang (z okupowanym Turkiestanem Wschodnim, ktory bynajmniej nie czuje podobnej tozsamosci), niz z prowincja Henan. Kiedy musza ratowac sie przed kleska, wojna, czy glodem, uciekaja ponoc tysiace kilometrow na zachod, zamiast do oddalonej o 300 km sasiedniej prowincji, ktorej ludnosc nazywaja obcymi. A zatem dla mieszkancow tak dlugo okupowanych niegdys przez muzulmanow terenow, paradoksalnie swojakami sa okupowani dzis muzulmanscy Ujgurzy. Czy obstawanie przy takiej teori jest kolejnym rezultatem propagandy rzadu, tym razem dla uzasadnienia swej niepozadanej obecnosci w „bratnim” Turkiestanie, czy tez wynikiem przemieszania krwi podczas niegdysiejszej okupacji islamskiej, mozna jedynie dywagowac.
Co do mieszania krwi i ogolniej – etnicznej mozaiki Chin, zdaniem Wanga, choc Hani stanowic maja dzis przytlaczajaca wiekszosc 92%, „prawdziwych Hanow juz nie ma”. I rzeczywiscie, badania antropologiczne, jezykowe, czy etnologiczne wykazuja brak tozsamosci miedzy mieszkancami poszczegolnych prowincji, czy regionow Chin, ktorych nie da sie zakwalifikowac do mniejszosci narodowych. Opierajac sie na roznicach jezykowych bezlitosna nauka dzieli zatem dumnych Hanow na dwadziescia bez mala grup etnicznych. Ale w kupie razniej.
W oficjalnych stanowiskach rzad obnosi sie ze swa polityka rownouprawnienia mniejszosci narodowych z wiekszoscia hanska, a wrecz uprzywilejowaniem tych pierwszych. I tak poczynajac od lagodniejszej polityki rodzinnej (Ujgurzy moga miec 2 dzieci, Kirgizi i Tadzykowie troje), przez uprzywilejowana pozycje na egzaminach wstepnych na uczelnie, po wieksze zapomogi itp. Panstwo usyla wiec zycie mniejszosci rozami, podczas gdy biednym Hanom rzuca pod nogi same klody.
Z tej przyczyny rzekomo wielu Hanow, pod presja niezasluzonej dyskryminacji, ucieka sie do swoistej zdrady i za pomoca podejrzanych, ale nie kwestionowanych dokumentow wykazuje swa przynaleznosci do jednej z „lukratywnych mniejszosci”. Zmiana tozsamosci narodowej nastepuje bez zbednych utrudnien i formalnosci. Nowy paszport, nowe przywileje, stara bieda :(
Telewizja chinska zelwa nas sielskimi obrazami braterstwa narodow. Podczas wspolnych obrad przedstawicieli grup narodowych, przyodziani w kolorowe, tradycyjne stroje „mniejszosciowcy” wymieniaja usciski, usmiechy i radosne uwagi z wiekszosciowymi Hanami w nieskazitelnych garniturach. Wszelkie wazniejsze uroczystosci panstwowe uswietniane sa wystepami zespolow folklorystycznych, bedacych przekrojem etnicznej roznorodnosci kraju, a emitowne programy podroznicze edukuja, ze Tybetanczyk, Kirgiz, czy Bai, to tez obywatel, mniej cywilizowany moze, ale niegrozny, zadowolony z zycia w zgodzie z natura i na swoj sposob pozyteczny, chocby jako atrakcja turystyczna.
Tak slodzi oficjalna, idylliczna wersja sytuacji mniejszosci w panstwie afiszujacym sie jako wielonarodowosciowe. Nie trzeba zaraz siegac do przykladow Tybetu, czy Turkiestanu, zeby zachwiac ta „prawda”. Bo gdy taki niegrozny Ujgur, czy Kirgiz przyjdzie do cywilizowanego urzedu w niecywilizowanym stroju, ktory dobrze wyglada w telewizji, ale nie przed urzedem, pocaluje klamke. W pociagach ludzie, ktorych fizjonomia wskazuje na przynaleznosc do mniejszosci, choc chetnie zagadywani przez ciekawskich wspoltowarzyszy (Hanow), traktowani sa z nieukrywana wyzszoscia, a czesto rowniez z pogarda. Edukowani ludzie nierzadko nazywaja Tybetanczykow, czy Ujgurow zacofanymi barbarzyncami, zaznaczajac przewrotnie, ze roznorodnosc narodowa Chin jest ich bogactwem.
Wiekszosc Hanow nieswiadoma jest rzeczywistej sytuacji mniejszosci narodowych i polityki kolonizacyjnej rzadu. Proby przeforsowania jakiejkolwiek opini na temat Tybetu, czy Turkiestanu, sprzecznej z oficjalna wersja rzadu, koncza sie kleska, niejednokrotnie klotnia, wspierana ze strony chinskiego oponenta argumentem, iz takie toksyczne opinie, nijak majace sie do rzeczywistosci, sa wynikiem wywrotowej amerykanskiej propagandy.
Bo czyz dzisiejsza nasza mlodziez nie migruje do Tybetu czy Xinjiangu skuszona jedynie lepsza sytuacja ekonomiczna tychze uprzywilejowanych prowincji, znacznie wyzszymi zarobkami, szansa ktorej nie dostaja absolwenci w prowincjach Chin centralnych czy wschodnich. Ale czy ktos zapewni, ze te szanse, dobre warunki i wysokie pensje czekaja takze na mlodych Tybetanczykow, czy Ujgurow. Bo przeciz te wszystkie delicje sa wlasnie narzedziem hanizacji terenow okupowanych, a wiec administracja i wszelkie lukratywne i strategiczne stanowiska naleza prawem okupanta do okupantow.
Wang mowi, ze najwiekszym wkladem cywilizacji chinskiej do kultury europejskiej jest demokracja, tym zas skarbem, ktory Europa wniosla do kultury Chin sa prawa czlowieka. Bez komentarza.
Wybieramy sie do Luoyang w prowincji Henan, bojkotowanej kolebki chinskiej cywilizacji. Jestesmy goscmi dziekana wydzialu jezykow obcych, ktory poprosil nas o nagranie dialogow do podrecznika esperanckiego. Meczymy sie wiec ofiarnie dzien caly w studio nagran, by w nagrode dnia nastepnego pozwolic sie zameczyc ekspresowa wycieczka po niewatpliwych atrakcjach miasta i do oslawionego Klasztoru Shao Lin. A ktoz bedac dzieckiem, nie wspinal sie na palcach przed pania bileterka, by przedostac sie na seans dozwolony od lat 15, a potem tuz po opuszczeniu sali kinowej i jeszcze dlugo pozniej, nie chcial zostac uczniem slawnego klasztoru. Jedziemy wiec radosnie czynic zadosc fantazjom dzieciecym i juz po przekroczeniu bram przybytku lzy naplywaja do oczu, bo oto rosnie przed nami jakas karykatura, farsa mnisiego zycia. Betonowe „sciezki” i skrupulatne kierunkowskazy prowadza nas do teatru. Na scenie mlodzi, zwinni aktorzy-mnisi, w spektaklu pelnym kuglarskich sztuczek, daja pokaz zwinnosci iscie cyrkowej, wsrod achow i ochow publiki. Tyle wiec pozostalo z wielkiej sztuki Kung Fu, przekazywanej od wiekow w scislej tajemnicy. Zanim dotrzemy do kolorowej swiatyni i lasu stup, ginacych w tlumie oflagowanych wycieczek, wymanewrowac musimy sprytnie pomiedzy sprzedawcami jajek, napojow, kamykow i innych gadzetow, rykszami i posiadaczami lunet, ktorzy za pare juanow pozwalaja spojrzec na malego Budde na wzgorzu.
Opuszczamy wreszcie miasteczko, mijajac po drodze dziesiatki, jesli nie setki szkol Kung Fu, gdzie za niemale czesne instruktorzy w dresach calymi dniami cwicza cialo i byc moze rowniez ducha malych adeptow.
Wracamy do Luoyang, do kampusu uniwersyteckiego, zastanawiajac sie nad dretwa atmosfera, tak obca polskim miasteczkom akademickim. Weekendowych wieczorow nie zaklucaja zadne hulanki, smiechy, czy muzyka. Przed zmrokiem studenci wracaja grzecznie ze stolowki do swoich akademikow, oddzielnych dla dziewczat i chlopcow. Poruszaja sie cicho, najczesciej z ksiazkami pod pacha. Z rzadka tylko widujemy pary, bo nawet w stolowkach mlodzi ludzie dobrowolnie separuja sie od plci przeciwnej. I przy posilku, ktory w Chinach bywa zazwyczaj wydarzeniem towarzyskim, wszyscy milcza jak zakleci, jakby przytkali sie ryzowymi bulkami, zapijanymi mlekiem sojowym.
Mlodzi nauczyciele nie potrafia wyjasnic tej sennej atmosfery kampusu. Moze to z powodu segregacji plciowej. Za ich czasow bylo inaczej, w koedukacyjnych akademikach bylo wesolo. Dzis takie jakies dziwne czasy. Nikt w nic nie wierzy, nikt nie oczekuje tez wielkich zmian, kazdy zajety jest wlasna kariera i przyszloscia. Tak, naleza do parti, bo tylko jako czlonkowie moga awansowac, ale w partie nie wierza, ani w komunizm. Wierza w Boga!
Nie drazymy tematu, bo sympatyczni nauczyciele, jakby pozalowawszy swojej szczerosci, zaczynaja sie nerwowo rozgladac. Pewnie milczace sciany kampusu maja wrazliwe i czujne uszy.
Wiekszosc dzisiejszych Chinczykow nie wierzy w komunizm, ani tez w nic innego, w zadna alternatywe. Przyjmuja wiec bierna postawe, apolityczna, albo dla swietego spokoju, lub kariery zapisuja sie do partii. O polityce nikt dyskutowac nie chce, nikt sie nia nie interesuje, a jesli nawet, to dominuja postawy malkontenckie. I ktoz by mial zastapic komunistow, pytaja. Nie ma zadnej powaznej opozycji.
Z drugiej strony Chinczycy boja sie zmian, boja sie w szczegolnosci zmian rewolucyjnych. Historia tego kraju doswiadczyla niejednokrotnie narod niezwykle krawymi wojnami i rewolucjami, wyzwalajac w powsciagliwych obywatelach zwierzece instynkty.
Wang z dziwna mieszanina zawstydzenia i przechwalstwa mowi, ze tylko Chinczycy potrafia przeprowadzic skuteczna rewolucje, „do dna”, „do ostatniej glowy”. Nawet Rosjanie nie byli tak okrutni. Tu ludzie zyli w zwierzecym strachu, w ciaglym napieciu, donoszac i mordujac, by ktos inny ich w tym nie wyprzedzil. Wladze rewolucyjne podsycaly te zwierzece instynkty zaszczuwajac ludzi ludzmi, podszeptujac, kuszac przywilejami. Ponoc szczytem postawy rewolucyjnej bylo zadenuncjowanie wlasnego krewnego, najlepiej ojca. Taki „ojcobojca” okrzykiwany przez prase bohaterem, awansowal natychmiast do rangi wysokiego urzednika.
Nie ma miejsca na litosc, braterstwo, czy szlachetnosc, gdy w kolo leje sie krew. Nie ma miejsca na macierzynska milosc gdy widmo glodu zaglada do drzwi. Podczas najazdu Mandzurow sprzedawano wiec dzieci na mieso. „Dwunozna owce” zwisaly z hakow straganow ulicznych. Wszyscy wiedzieli, wszyscy jedli, takie czasy. Chiny i ludozerstwa doswiadczyly.
Spoleczenstwo chce zyc w spokoju, bez przelewu krwi. Zasypia z pelnymi brzuchami, zadowolone. Czegoz wiecej procz spokoju i strawy potrzeba do szczescia. Dopoki wiec glod nie wypchnie ludzi na ulice, strach przed wlasnym okrucienstwem, znacznie silniejszy niz obawa przed represja wladzy, zatrzyma ludzi w stanie bezpiecznego dla nich samych i dla partii letargu.
Ale taki marazm i apatia, nie pozwalaja dlugo czekac na efekty. Brak wiary w cokolwiek, brak idealow (ktoz dzis studiuje dziela Konfucjusza, Laozi, a tym bardziej Mao), zycia duchowego drazy w umyslach mlodych ludzi niebezpieczna pustke. A nie wiedzac jak ja wypelnic, siegaja coraz czesciej po narkotyki. Zatruwa to wladzom spokoj i ponoc jako antidotum rozwaza sie miedzy innymi zainteresowanie mlodziezy religia. Jaka religia, tego juz Wang wyjasnic nie potrafi. Zadanie to jednak nielatwe, kiedy tak skutecznie sprowadzilo sie w swiadomosci spoleczenstwa religie do pozycji niepowaznych zabobonow, zacofanych obrzedow i czarnej magii.
Zdaniem Wanga pewna szansa jest, a to z tego wzgledu, ze Chinczycy po prostu lubia, a nawet potrzebuja nalezec do jakiejs organizacji. Jednak nie w idei przyswiecajacej organizacji tkwi z reguly wabik, ale w samym fakcie czlonkostwa. W grupie czuja sie silni i potrzebni. Im bardziej zas wplywowa jest sama grupa, tym wieksza popularnoscia sie cieszy. Tak wiec komunisci niewiele wiedza o Marksie, esperantysci o Esperancie, a katolicy o Bibli. Nawet jesli ktos studiuje idee, to rzadko w nia wierzy, a juz malo kto zyje zgodnie z jej przykazami.
Wojtek wyrusza na spotkanie znajomego, ktory przylatuje do Kantonu z dziewczyna, a ja do Xiningu w prowincji Qinghai. Jia Wende jest dyrektorem koledzu jezykowego, do ktorego probuje mnie zwerbowac w charakterze nauczyciela angielskiego i Esperanta. Mimo, iz od poczatku staram sie lojalnie rozwiac jego zludzenia, z godnym podziwu uporem zarzuca coraz to nowe sidla. Zaczynamy od nawizywania przyjazni.
Mieszkam z przesympatyczna, niezamezna i bezdzietna 42-letnia He Ping, niezwykle wysoka (182 cm) exmodelka i expolicjantka.
Zdaniem wiekszosci Chinczykow zycie w samotnosci to nie wybor, ale przymus. Ich tolerancja w tym wypadku sprowadza sie do postawy „twoja sprawa, ale my o ciebie dbac nie bedziemy”. He Ping jednak nie sprawia wrazenia osoby nieszczesliwej, osamotnionej, zmuszonej przez los do czegokolwiek. Nowa przyjaciolka daje do zrozumienia, ze bylaby szczesliwa, gdybym zdecydowala sie tu zostac, ale jak przystalo na osobe niezalezna, metod „przymusu” nie stosuje.
Jia Wende przechodzi niezrazony do kolejnego ataku, tym razem uderzajac w nute sentymentalna. Jedziemy do miasteczka, w ktorym urodzil sie i spedzil dziecinstwo posrod swiatyn tybetanskich i mlodych mnichow. Jia Wende, twierdzi, ze tu narodzil sie takze Panchem i Dalai Lama (ktory?) i ze Dalai Lama niedawno powrocil by znow zamieszkac w klasztorze (obecny!?!), ale moje zdumienie gasi go i szybko zmienia temat, w ktorym najwyrazniej nie czuje sie mocny.
Kompleks sklada sie z wielu swiatyn. Na dziedziec jednej z nich, spogladaja wypchane jaki, owce i konie. Mnich wali w beben, niemal zasypiajac w transie, a stare Tybetanki, o pieknych, siwych warkoczach, co kilka sekund padaja na kolana w uklonach.
U wrot swiatyni „wiecznego zycia”, stoi (o! zlosliwa naturo!) martwe drzewo. Kolejna z daleka juz wabi aromatem jaczego masla, bo oto kryje w swym wnetrzu wielka, maslana rzezbe. Nietrwala materia zmusza mnichow do ciaglej „restauracji” i zdaje sie, ze oprocz tego zajecia i studiow nad swietymi ksiegami tybetanskimi, zadne przyziemne prace nie maca ich duchowego zycia.
Drzemia wiec przy wejsciach do swiatyn, dzierzac wielkie nozyce do kasowania biletow, podczas gdy robotnicy z okolicznych wiosek przycinaja trawniki, zamiataja dziedzince, buduja ploty, mury, poprawiaja dachy. Klientele restauracyjek stanowia niemal wylacznie mnisi, wpatrzeni pomiedzy posilkami w hipnotyzujacy telewizor.
Za brama klasztoru czeka na nas dyrektor szkoly podstawowej. Idziemy wiec zwiedzac szkole, w ktorej nowy znajomy gotow jest natychmiast mnie zatrudnic. Gabinet dyrektorski zdobi 60 portretow nauczycieli, tylko tych oczywiscie, ktorzy zapisali sie do partii, bo szkola liczy w ogolnosci ponad 200 belfrow. Dyrektor na zachete twierdzi, ze tybetanskie dzieci latwiej ucza sie jezykow, ale pytanie czy uczeszczaja rowniez do jego szkoly, pozostawia bez odpowiedzi.
Nastepnego dnia udajemy sie w tereny zamieszkiwane przez grupe Tu, spokrewniona z mniejszoscia mongolska, jednak silnie zasymilowana z Tybetanczykami. Najpierw zwiedzamy osrodek wypoczynkowy lokalnego „Hana-dobrodzieja”, ktory wspanialomyslnie zatrudnia miejscowa mlodziez w charakterze tancerzy ludowych, przeistaczajacych sie po wystepie w obsluge przybytku. Ufundowal nawet male muzeum poswiecone mniejszosci.
Kiedy upieram sie przy wizycie w wiosce, po naiwnym zapewnianiu, ze jego luksusowy osrodek jest wlasnie autentyczna wsia, dobrodziej oddelegowuje mnie wreszcie w teren w asyscie zony i najbardziej doswiadczonej tancerki.
Wchodzimy w skupisko glinianych domostw, odzielonych od siebie wysokimi murami, tworzacymi waskie, zacienione uliczki. Przed bramami sidza na stolkach kobiety i szyja kolorowe dzieciece pantofle. Staruszki nosza sie podobnie jak Tybetanki. Patrzac na moje krotkie wlosy, usmiechaja sie wyrozumiale, gdy dotykam ich dlugich warkoczy.
Tancerka prowadzi nas do siebie. W skromnym, ale duzym i jasnym domu, sciany zdobia hafty, fotografie rodzinne i zdjecia z wystepow zespolu, ktory cieszy sie znacznie bogatsza historia i dorobkiem niz inicjatywa dobrodzieja. Siedzimy na niskim piecu, zajadamy domowy chleb, a podekscytowana dziewczyna przynosi kolejne albumy fotografii. Na pozegnanie podarowuje tancerce wisiorek tybetanski. Upewniajac sie ukradkiem, ze nie widziala tego zona szefa, chowa go szybko do kieszeni.
Nie ustajacy w swych staraniach Jia Wende, tuz po powrocie do Xiningu zastawia kolejne pulapki. Na kolacje do ekskluzywnej restauracji zaprasza nas dyrektor bardzo nowoczesnej szkoly podstawowej, ktora oczywiscie na wstepie deklaruje, ze chetnie widzialaby mnie w gronie swych mlodych, zdolnych nauczycieli. Ze kadra mloda i zdolna przekonac sie mam podczas kolacji, bo oto zjawia sie maly elegant z trwala na glowie - nauczyciel tanca, ktory studiowac mial rzekomo w Paryzu i Pekinie. Ja nie znam francuskiego, on nie mowi po angielsku, ale z pomoca pani dyrektor, ktora wciaz pamieta rosyjski, z ta pewnoscia swiatowca, patrzac gleboko w oczy, zapewnia mnie, ze jesli zdecyduje sie zostac w miescie, on pilnie bedzie sie uczyl ode mnie Esperanta. No to, zeby kolega sie nie ludzil, z pomoca tejze samej tlumaczki oswiadczam, ze ja nie moge tu zostac, bo mam inne plany, ale zapytam Wojtka, czy nie zechcial by mu udzielic lekcji.
Chlopak natychmiast chwyta sens mej niewinnej uwagi i wiecej podobnych propozycji nie czyni. Opowiada z przejeciem swoj francuski epizod, przerywajac opowiesci pokazem wspanialego tanca, a zachecony brawami i ognista woda ryzowa, zapedza sie nieco, probujac swych sil na stole.
Gosciem kolacji jest jeszcze pewien starszy esperantysta, co to ma umilac wieczor rosyjskimi piesniami, ktore jednak spiewa po chinsku. Przybywa tez wytworny policjant, z ktorym pani dyrektor wymienia jakies dokumenty. Rozumiem, ze chodzi o pozwolenie na zatrudnienie obcokrajowca. No to sie troche zapedzili, ale pocieszam sie, ze moze nie o mnie mowa. Pytam, czy w miescie pracuje wielu obcokrajowcow, na co wciaz nie ustajacy w intrygach Jia Wende odpowiada, ze mnostwo, chyba ze trzydziestu. Pani dyrektor, ktora Esperanta nie zna, nieswiadomie prostuje po rosyjsku (ktorym nie wlada Jia Wende), ze na uniwersytecie jest jedna Australijka.
Jia Wende ucieka sie jeszcze do ostatniego podstepu. Opowiada towarzystwu o moich planach zwiazanych z Pakistanem. Najpierw zapada milczenie, potem smutno kiwaja glowami, Jia Wende niemal ociera lzy, az wreszcie policjant, uznajacy sie w sprawie za kompetentnego, stwierdza z niekwestionowana pewnoscia, wsparta autorytetem munduru, ze on zabrania mi jechac. Tam mnie natychmiast zabija, tam terroryzm, zawistni muzulmanie, itp. bzdury.
Kolacja, a tym samym wizyta dobiegaja konca. Obiecuje szukac dla Jia Wende innego kandydata. Mowie, ze kolega z Nigerii rozglada sie wlasnie za nowa posada w szkole. Ale ze kolor skory nie taki, Jia Wende natychmiast zastrzega, ze jemu chodzi o nauczycielke.
Wang zabiera nas na seminarium esperanckie w Wuhan. Bibkioteczka lokalnego klubu to skarbnica osobliwosci. Obok tlumaczenia „Folwarku” Orwella, pietrzy sie zakurzony stos czasopism esperanckich z czasow Mao. Zgodnie z owczesna tendencja zilona gwiazda Zamenhofa przybrala na okladkach „dojrzalsza” postac, prezentujac sie w kolorze czerwonym.
Spotkanie umila gra na kobzie niemal osiemdziesiecioletni Australijczyk, ktory przed rokiem przyjechal do Wuhan, by uczyc sie jezyka chinskiego. Roger niedawno dopiero zakonczyl swa kariere zawodowa i postanowil reszte zywota wypelnic przygoda i rozkosza. Dotychczas rezygnowal ze wszystkich urlopow, pracowal za dwoch, czesem trzech, by zapewnic sobie godziwa emeryture. Po przeprowadzeniu skomplikowanej analizy w rownie skomplikowanym programie komputerowym, Roger wyliczyl bowiem niegdys, ze dozyje 102 lat. Oplacalo sie.
Ale, jak sam bohater przyznaje, ryzyko bylo olbrzymie, mogl nie dozyc sielskiej emerytury. Dlatego przez cale zycie zwiekszal szanse powodzenia „projektu” prowadzac zdrowy tryb zycia, nie palac, trenujac, itp.
Kazdy musi sam wybrac swoja droge, mowi Roger patrzac na nas bez cienia dezaprobaty. Moja pierwsza zona nie przejmowala sie emerytura, kazdego dnia czerpala z zycia, podrozowala tak jak Wy. I wybrala slusznie, bo nie dozyla wieku emerytalnego.
A swoja droga, ciekawe, czy Roger przewidzial rowniez dlugosc zywota polowicy? W kazdym razie moral z opowiesci taki, ze kto dlugo pracuje, ten dlugo zyje i ma sie dobrze.
Poznajemy tez pol Rosjanina, pol Chinczyka - Misze z Suzhou, w ktorym syberyjskie geny ojcowskie przytloczyly zolte matczyne. Przypominajacy niedzwiedzia Misza wzbudza w pociagu sensacje swa nieskazitelna Chinszczyzna. Pasazerowie nie daja sie jednak przekonac, dopoki nie zaczyna spiewac w lokalnym dialekcie skomplikowanych piesni, ktore tylko miejscowy znac moze.
Misza, to istna wieza Babel. Oprocz chinskiego (dwoch dialektow i Putonghua) i rosyjskiego zna tez angielski, japonski i Esperanto. Od czasu do czasu, pod wplywem silniejszych emocji, mieszaja sie jednak w Miszy jezyki i jego specyficzna mowe nie latwo wowczas zrozumiec.
Z scian gmachu szkoly sredniej, w ktorej odbywa sie nasze seminarium, spogladaja na nas portrety najwiekszych postaci ludzkosci, a wsrod nich Kopernik. Jest on znany kazdemu uczniowi, choc niezwykle rzadko jako Mikolaj, gdyz w jezyku bazujacym na sylabach byloby tego dla chinskiego ucha zbyt wiele.
Pod portretem widnieje informacja, iz polski uczony dowiodl, iz ziemia krazy wokol slonca, a tym samym zaprzeczyl jakoby znajdowala sie ona w centrum kosmosu.
W przekonaniu dawnych Chinczykow, Ziemia byla „pepkiem” swiata, tyle, ze miala ksztalt kwadratu, a w jej centrum znajdowaly sie oczywiscie Chiny (Zhong Guo - Panstwo Srodka). W srodkowej czesci kraju znajdowala sie stolica i dalej, w jej centrum - palac krolewski, w ktorym zasiadal wladca. Zatem chinski imperator rzadzil ze srodka swiata.
W okresie dynastii Ming, jeszcze przed Kopernikiem, Chinczycy posiadali olbrzymia flote. Chinskie zrodla (zdaje sie, ze tylko one) podaja, iz wyprawa dowodzona w tym czasie przez zeglarza Zheng He dotarla az do Meksyku i gdyby wowczas Chinczycy wiedzieli, ze Ziemia jest okragla, byliby ja w stanie oplynac.
Niestety teoria Kopernika dotarla do Chin zbyt pozno. Francuski pastor przedstawil ja mandzurskiemu wladcy w 1760 r., jednakze palacowe mury opuscila dopiero po stu latach. Przyjeta zostala bez cienia watpliwosci, jednak stara wiara w kwadratowa Ziemie i w centralne polozenie Chin widac przetrwala do dzis. Na wspolczesnej chinskiej mapie, zdobiacej biuro Wanga, swiat wprawdzie odwzorowany jest w ogolnie przyjetych proporcjach, jednak rozposciera sie na wielkim prostokacie. Wszystkie poludniki przebiegaja rownolegle, nie spotykajac sie na biegunach. Poludnik „0” przesuniety jest na lewa strone mapy, tak ze centralna jej czesc zajmuja Chiny, holdujac teorii „Panstwa Srodka”. Zdublowane Ameryki zamykaja mape swiata zarowno z lewej jak i prawej strony.
Intersujacy jest sposob wprowadzania nazwisk slawnych obcokrajowcow do jezyka chinskiego. Po pierwsze brzmienie nie moze nadto odbiegac od oryginalu, po drugie zas znaczenie ideogramow uzytych do ich zapisu w jakis sposob laczyc sie musi z postacia. Tak wiec „Kopernik” w fonetycznym zapisie brzmi „Ge Bai Ni” (zdaniem Chinczykow podobnie), co tlumaczy sie jako „bialy starszy brat kaplan”.
I wystarczy przyswoic sobie prawidlowa wymowe chinskiej wersji nazwiska uczonego, by przekonac sie, ze znany jest on kazdemu chinskiemu dziecku. Natomiast „Ko per nik” jest mu rownie obcy jak „Ko wal ski”.
Marzena po chinski to „ma je na”, czyli „goracy piekny kon”. Brzmienie podobne, ale znaczenie ... No coz, moglo byc gorzej. Co do Wojtka, Chinczycy wolaja go „loj tek” (z akcentem na „tek”), odmawiajac tlumaczenia.
Wang wciaz powraca do watku Kopernika, ale coraz mniej w jego rozwazaniach samego mistrza, a coraz wiecej przechwalek o chinskich osiagnieciach.
Zatem mimo nieznajomosci teorii kraglosci Ziemi, pierwszy bonzo (mnich) mial rzekomo doplynac przez Pacyfik do Ameryki juz w 413 roku! Nikt mu wowczas nie uwierzyl, choc dzis chinskie zrodla przescigaja sie w teoriach uwiarygadniajacych.
Wyprawa kolejnego bonza, udokumentowana zostala obszernie opisami zwyczajow miejscowej ludnosci, ktore to wlasnie potwierdzac maja niezbicie, iz doplynal on do Ameryki w 499 r.
Ale Chinczycy ida dalej w swych dywagacjach twierdzac, ze odkryli Ameryke 3000 lat temu, kiedy to wielka pielgrzymka ludow powedrowala "ze srodka swiata" do Ameryki Polnocnej enigmatycznym szlakiem wysp.
Gdzies dzwonia, tylko nie wiadomo w ktorym kosciel, jako, ze owa pielgrzymka ludow z Azji przez ciesnine Beringa miala miejsce nie 3 ale 30 tysiacy lat temu, a wiec w okresie daleko poprzedzajacym najstarsza cywilizacje, jak mawiaja o sobie Chinczycy.
Ale Wang otwiera mi przed nosem chinska ksiazke, wskazujaca na niezwykle podobienstwo morfologiczne Hanow i Indian (mozna sie dopatrzec, a jakze), podobienstwo narzedzi, daty, ktore jako jedyne rozumiem i na jeszcze jedna rewelacje, dotyczaca nazwy „Indianie”. W gaszczu niezrozumialych ideogramow bije po oczach zapisany w Pinyin (romanizowany chinski) zwrot „Yin di an”. Wang tlumaczy, ze „Yin” oznacza dynastie Yin (1600-1064 pne), „di” to „ziemia”, a „an” - „pokoj” lub „witaj”. Tak wlasnie slowy - „Yin di an” - mieli przywitac mieszkancy Ameryki pierwszych europejskich przybyszy. A wiec pozdrawiali ich, jak podaje madra ksiega z „ziemi dynastii Yin”, albo tez jako potomkowie tejze dynastii.
Na nic zatem stara teoria, ze nazwa zwiazana jest z wielkim nieporozumieniem, jako, ze zdobywacy mysleli, ze doplyneli do Indii. Chinczycy ja dawno temu obalili.
Ksiazka podaje szereg innych przykladow „hanizacji” obu Ameryk. Wiemy juz teraz wszystko, komu tak na prawde zawdzieczamy osiagniecia Inkow i ze z etymologicznego punktu widzenia jezioro Titicaca to „Di Di Ge Ge”, czyli wielki brat, a Indianie na widok turystow Chinskich rozkladaja szeroko braterskie ramiona.
Trzydzieste pierwsze urodziny Wojtka spedzamy, jak nakazuje chinski obyczaj, z przyjaciolmi w restauracji. Znajomy mistrz kaligrafi wrecza jubilatowi wielka „laurke” i, zeby nie bylo watpliwosci co do kunsztu, ksiazke z autografem potwierdzajaca tenze kuszt.
Po zlozeniu zyczen i eksplozji ze srodka tortu wynalazku, ktory nazwac by mozna „petarda urodzinowa”, atmosfera rozluznia sie i przechodzimy do tematu chinskich kanonow pieknosci. Tak wiec ladna dziewczyna, to taka, ktora jest wysoka, szczupla w tali, ma proste ramion, jasna skore, czarne okragle oczy, podluzna twarz i male usta. Czy napewno mowimy o Chince?
Podobnie doskonaly Chinczyk. Musi byc wysoki, smukly, silny, okragle oczy, pociagla twarz, itd. Przede wszystkim wiec nie powinien byc podobny do Chinczyka.
Najpiekniejsze kobiety swiata, zdaniem gosci, to Rosjanki, a najbrzydsze - Mongolki.
Po tych estetycznych rozmowach i wyczyszczeniu polmiskow, mlody esperantysta Fang zabiera nas do prawdziwego pubu, gdzie taki sobie band spiewa standardy zachodnie, ale jest swojsko, drinki nie pachna ryzem, goscie wyluzowani, jacys jakby niechinscy.
Fang porywa gitare i spiewa dla Wojtka „Hotel Callifornia”, ale wkrotce oddaje mikrofon pieknemu transwestycie o diabolicznym wygladzie i wspanialym kobiecym glosie. Goscie milkna zahipnotyzowani czarodziejskim spiewem kontrowersyjnej gwiazdy.
Po wystepie Fang ciagnie nas jeszcze do innego klubu, gdzie w rytm monotonnej rabanki od ktorej wiedna uszy, tancza na parkiecie sztwne panienki w spodniczkach mini i wyluzowani kawalerowie w garniturach. W pewnej chwili tlum rozstepuje sie i gwiazdy wieczoru witane gromkimi brawami i piskiem, daja pokaz tanca, ktory mial byc erotyczny, ale jest tylko wyuzdany. On w rozowych firankach, ona w zlotej spodniczce, spod ktorej wystaja niecalkiem seksowne figi, z rekwizytem w postaci tandetnego krzeselka. Po kilkuminutowym wystepie wskakuja na stoliki barowe i tam kontynuuja do konca wieczoru, a parkiet znow zapelnia sie mlodzieza.
Kiedy pytamy o postawy wobec odmiennej orientacji seksualnej, dowiadujemy sie na wstepie (zeby nie bylo watpliwosci), ze homoseksualizm nie jest wynalazkiem (?) tajskim, jak powszechnie przyjelo sie uwazac (?!?), ale oczywiscie chinskim (?!?!?!). Spoleczenstwo jest jak najbardziej tolerancyjne, ale tak na prawde problem homoseksualizmu, transseksualizmu, itp. w dzisiejszych Chinach nie wystepuje.
Jako, ze zajmujemy sie teraz eksportem w firmie Wanga, odbywamy liczne objazdowki po fabrykch, zglebiajac tajemnice sukcesu chinskiej ekonomi i ocierajac sie o swiatek biznesu.
Niektore przybytki to wciaz prymitywne manufaktury, wiekszosc jednak stanowia nowoczesne molochy. Klasa biznesmenow, zaczyna wyraznie odrywac sie od komunistycznej kliki, ktora jednak twardo trzyma w swych rekach lukratywniejsze dziedziny przemyslu.
Wysluchujemy dziesiatek historii chinskich Rockefellerow, zwiedzajac hale przemyslowe i ladujac niezmiennie w luksusowych restauracjach, w ktorych, nad wymyslnymi potrawami zwyklo sie ubijac interesy.
W jednej z restauracji czestuja nas rzadka, trujaca ryba, ktora objeta jest scisla ochrona. Jej polow i spozywanie dozwolone jest tylko w jednym jedynym miescie i nawet prominenci partyjni chcac jej skosztowac, musza sie tu osobiscie pofatygowac.
Trujace w rybie jest oko, ktore, gdy trafi przez nieuwage do zupy, kladzie ponoc trupem 50 osob.
Zeby moc taka rybke przyrzadzac, kucharze przechodza specjalne szkolenia, a podczas patroszenia wydlubane oczka liczy sie komisyjnie i wciaga do specjalnych rejestrow. Zupy jako pierwszy sprobowac musi szef kuchni. Dzialanie trucizny jest natychmiastowe, wiec jesli szef pozostaje przy zyciu, mozna zasiadac do zupy.
Slusznie sie zatem mawia, ze Chinczyk zje wszystko, co chodzi, z wyjatkiem zegara, co lata, z wyjatkiem samolotu i wszystko co plywa, z wyjatkiem lodzi. Najnowszym wynalazkiem-przysmakiem kantonskim jest ponoc danie zwane „trzy krzyki”. Otoz noworodki szczura po raz pierwszy piszcza kiedy ujmuje sie je pomiedzy paleczki, drugi, gdy macza w sie je sosie, a po raz trzeci gdy zamyka sie za nimi usta. Smacznego!
Wang opowiada o statusie biznesmenow w czasach antycznych. Cieszyli sie powazaniem za panowania obcych dynastii, ale nie za czasow dynastii chinskich. Byl taki czas, ze musieli ubierac sie skromnie jak wiesniacy, mimo, iz byli bogaci, byl tez czas, kiedy nosili specjalny, wyrozniajacy stroj, np. jeden but czarny, drugi bialy.
Niekiedy spadali na sam dol drabiny spolecznej, ale nie lepiej mieli sie i nauczyciele, ktorzy z kolei doceniani byli wylacznie w czasach panowania dynastii rodzimych. Za obcych zas miescili sie na dziewiatej pozycji, podczas gdy na sidmej plasowal sie zlodziej a na osmej prostytutka.
Co do tej ostatniej, dzis, w czasch bumu gospodarczego, cieszy sie ona niejakim „powazaniem”, jako ze jest przedsiebiorcza. Szydzi sie bowiem jedynie z biedakow, rzebrakow, bo najwiekszym dyshonorem jest zdaniem chinczykow prosic o jalmuzne.
W Yiwu odwiedzamy Hiwe, mlodego Kurda z Iranu, pracujacego dla firmy eksportowej z Dubaju.
Hiwa opowiada o przesladowaniach Kurdow w jego kraju i okrutnych praktykach Wawaku (policji bedacej nastepca oslawionego Sawak). Jego brat w wieku lat 18 wyemigrowal z powodu przesladowan, ale przyjacielowi z dziecinstwa nie udalo sie. Wyszedl z wiezeniach po 3 latach, zmaltretowany i ubozszy o caly garnitur zebow.
Obroncy praw czlowieka objeci sa ponoc nieformalnym wyrokiem smierci. Trafiaja nagminnie do wiezien, gdzie po kilku dniach umieraja zwykle z powodu tajemniczych chorob. Na pewnej terrorystycznej stronie internetowej, nowy prezydent iranski cieszy sie duza popularnoscia, zbierajac liczne pochwaly.
Hiwa namawia nas na wspolny wypad do Kurdystanu w Iraku. Ale to chyba nie majlepszy czas na wyprawe w tamte strony.
Tymczasem zbliza sie data naszego wyjazdu. Udajemy sie wiec w kilka pozegnalnych, esperanckich wizyt, zaczynajac od naszego Zhao i jego wesolej rodziny w Chongqingu a konczac odwiedzinami u 93 letniego profesora entomologii – Zhou Yao.
Chudziutki staruszek, z kozia brodka, o dobrotliwym spojrzniu, z blyskiem w oku opowiada, ze jego pasja sa motyle. Jesli ujac nieco lat tej czarujacej postaci, nietrudno wyobrazic go sobie biegajacego po lakach z siatka w reku.
Na polkach stoja opasle atlasy i inne pozycje naukowe, a trzytomowy album katalogujacy wszystkie krajowe motyle to dzielo naszego profesora. Ponoc Chiny obfituja w barwnoskrzydle cuda, szkoda jednak, ze tak rzadko sie je widuje.
Rzad chinski, „wyjatkowo” ceniacy sobie naukowcow tej klasy, ulokowal schorowanego starca w obskurnym, ciasnym sluzbowym mieszkaniu, ktorego przestrzen poza namacalnymi dowodami wielkosci Zhou Yao, wypelniaja proste sprzety, butle z tlenem i inne przyrzady dla ratowania gasnacego zycia.
W ten symboliczny sposob konczymy nasz przydlugi dlugi epizod chinski. Ze swieza wiza w paszporcie pakujemy plecaki, i pochyleni nad mapa odliczamy ostatnie godziny.
Kierunek Turkiestan Wschodni a potem Pakistan.
Pociag spoznia sie 10 godzin, co w Chinach nieczesto sie zdarza. „Zacheceni” tym zlym dobrego poczatkiem, wsiadamy w pociag widmo, ktory bezustannie zwija i rozwija przed nami wachlarz ksiezycowych twarzy Hanow. A przeciez zmierzamy do krainy Ujgurow. Hm.