CHINY cz. 7 – nad Yangtse (14.08.2004–20.02.2005) Nadchodzi taka chwila w podrozy, gdy zmeczone nogi, przesycone wrazeniami glowy i pustawe kieszenie domagaja sie dluzszego postoju. Zatrzymujemy sie nad Yangtse, w prowincji Chongqing, w miejscu tak niewyraznym, ze juz po tygodniu nogi chca isc dalej, glowy zadne sa nowych wrazen, ale do ktorego puste kieszenie przykuwaja nas na kilka dluuuuugich miesiecy.
Zhao wita nas radosnie i choc minela juz polnoc, jego rodzina czeka z „ho go” (slynny Chongqingski hot pot) w tej samej ulicznej restauracji, co przed rokiem.
Rano rzescy, ale pelni watpliwosci udajemy sie do agencji angazujacej „importowanych” nauczycieli angielskiego. Po niedlugiej rozmowie w czterech jezykach (szefowa agencji biegle wlada jedynie chinskim), z kluczem do mieszkania w mrowkowcu nad rzeka, opuszczamy szklane biuro i zjezdzamy klaustrofobiczna winda 22 pietra w dol, czujac jak wraz z wysokoscia maleje w nas napiecie.
Do rozpoczecia roku szkolnego pozostaje kilka dni. Cieszymy sie komfortowym mieszkaniem, goraca woda, codziennie tym samym, wygodnym lozkiem i swiadomoscia, ze rano nie trzeba sie spieszyc, by zdazyc z wymeldowaniem przed 12.00. Mamy telewizor z anglojezycznym kanalem „CCTV 9”, sprzedajacym Chiny przepieknie odmalowane i przypominajacym cogodzinnym serwisem, iz mielismy szczescie znalezc sie w kraju „NAJ”.
Mamy i odtwarzacz VCD a tuz za rogiem sklep z wszelkimi filmami w cenach nizszych niz czyste plyty CD w Europie. Ogladamy klasyki, nowosci, nie udaje nam sie jednak poznac chinskiego kina, bo nikt tu nie zadbal o tlumaczenie. Ale mozemy obejrzec „Zemste” z chinskim dubbingiem.
Esperantysci uprzyjemniaja nam wieczory zapraszajac do domow, restauracji i na dancingi. Tak, staroswieckie dancingi, gdzie za niewielka oplata, popijajac jedynie zielona herbatke, tancza eleganckie pary od 19.00 do 21.00. Natychmiast robimy furore, choc tanczymy przecietnie. Widzac jak sala zamiera i otacza nas scislym kregiem, zaczynamy sie wyglupiac, a mistrzowie kopiowania na prozno usiluja nas nasladowac, bo nie ma w naszym tancu zadnego schematu, czy reguly. Chinczycy trzymaja sie scisle kanonow wiec wszyscy tancza identycznie. Do kazdej melodii sa odpowiednie kroki, czy uklad i pary posuwaja sie po parkiecie wykonujac te same ruchy, sztywno i z przejeciem. Kiedy orkiestra gra marsza wojskowego, cala sala zrywa sie ze zdwojona energia i wszystkie pary ruszaja krokiem marszowym, jak roboty.
Gdy muzycy maja przerwe, przed lustrzanymi filarami, w rytm muzyki dyskotekowej dudniacej z glosnikow, tancza samotnie mlode panny, przygladajac sie z uwaga swoim mechanicznym ruchom.
We wszystkich miastach i miasteczkach sa takie place, na ktorych z rana starcy cwicza Tai Chi a po zmroku tlumy tancza w rownych szeregach, wiernie nasladujac trenerow. Taniec czy gimnastyka?
Wieczory spedzamy w kafejkach internetowych, w ktorych zasady nieco zmienily sie od czasu naszej pierwszej wizyty w Chinach. Teraz kazdy ma identyfikator i loguje sie w systemie. Wymysl dziwny, bo w chinskim internecie i tak jest mnostwo cenzury, blokad i filtrow, a z drugiej strony bywalcy kafejek korzystaja jedynie z gierek komputerowych i chinskiego komunikatora „QQ”. Kawiarenek jest mnostwo, sa olbrzymie, ale osobnik szperajacy w internecie to widok rzadki, a taki, ktory korzysta z anglojezycznego internetu to zwykle obcokrajowiec, a wiec poza wielkimi metropoliami niespotykany przypadek.
1 wrzesnia agencja laduje nas w samochod i wysyla na koniec swiata. Przez 5 godzin przemierzamy gory, brzydkie wioski i jeszcze brzydsze miesciny i wreszcie ladujemy w miejscu tak przygnebiajacym, ze cos nas w gardlach sciska.
W bramie szkoly wita nas dyrektor, ktorego bierzemy za dozorce. Waskim, brudnym korytarzem prowadzi nas na ostatnie pietro bloku na dziedzincu szkoly, przeskakuje z hukiem zamek w zbrojonych drzwiach i wchodzimy do naszego nowego, olbrzymiego, obskurnego mieszkania z widokiem na Yangtse.
Chinska jakosc daje nam sie we znaki od dnia pierwszego. Odpadajace klamki, niedzialajace przyciski, niedomykajace sie szafki, szpary w oknach i drzwiach tak duze, ze mozna zamykac je nieostroznie, bez obawy o zmiazdzenie palcow. I wreszcie ten patent chinski - kuchnia bez okna, a wlasciwie bez sciany zewnetrznej. Myjemy wiec zeby nad zlewem z obszernym widokiem na ulice. Poki co jest goraco i dziura w kuchni nie jest zbyt dokuczliwa. Stanowi jednak wrota dla moskitow, ale zarazem ich smiertelnych wrogow, jaszczurek. Czasem po zmroku wpada do „salonu” nietoperz, zatacza dwa kolka i wylatuje z powrotem przez kuchnie.
Zima, gdy temperatura spada ponizej zera, dyrektor bezradnie rozklada rece, bo mieszkanie nie nalezy do szkoly i nie ma prawa wstawic sciany. Kulimy sie wiec po lekcjach nad malym elektrycznym grzejnikiem, bo w chinskich domach nie ma przeciez kaloryferow.
Ale poki co jest ciepla, sloneczna jesien, a przed nami pierwszy dzien w szkole. Mieszkaja z nami dwie asystentki z agencji, ktorych rola jest uczestniczyc w lekcjach, pomagac, tlumaczyc, spiewac. I sa to jedyne osoby na terenie szkoly, z ktorymi mozemy sie porozumiec, bo caly zastep miejscowych nauczycieli angielskiego niestety po angielsku nie mowi.
Z powodu deszczu ceremonia rozpoczecia roku szkolnego przesunieta zostaje na drugi tydzien. Zaczynamy wiec lekcje bez akademii. Asystentki uprzedzaja lojalnie, ze szkola chinska ma charakter otwarty, kazdy ma prawo wejsc do klasy i przygladac sie lekcji, szczegolnie rodzice, skoro za edukacje dzieci placa. Przewijaja sie wiec w pierwszych dniach przez nasze lekcje cale tlumy rodzicow, nauczycieli, dyrektorow, obserwatorow, wizytacji z urzedow, fotografow z miejscowej gazety. Znosimy to ze stoickim spokojem, wszak z samymi tylko dzieci czujemy sie jak na boisku, bo nasze klasy licza po 70-80 dzieci, nawet w przedszkolu. W sumie obslugujemy 4.000 uczniow, wiec dopiero po miesiacu zaczynamy rozpoznawac niektore twarze i nie mylic klas.
Nauczanie okazuje sie zajeciem nieszczegolnie trudnym, czesto nawet przyjemnym, o ile w klasie udaje sie utrzymac dyscypline. Dzieciaki nas lubia, te mlodsze sa aktywne i ambitne. Na przerwach otaczaja nas tlumem i trzeba wiele sprytu by im sie wymknac.
Stosujemy jak na te szkole nowatorskie metody, a agencja jest nowoczesna, wiec nam sprzyja. Ale nasz zapal szybko studzi zarzadzenie z dyrekcji, ktore w kilku punktach zaleca nam oklepana, ale „skuteczna” metode nauczania przez powtarzanie, powtarzanie i raz jeszcze bezmyslne powtarzanie. Ponadto nalezy wprowadzac nie wiecej niz cztery nowe slowka podczas jednej lekcji, nacisk polozyc na wymowe, a rozumienie sprawdzac, jesli wystarczy na to czasu. Gry, piosenki i zabawy, ktore tak stara kadre w oczy kola, stosowac rzadko i znow, kladac nacisk na wymowe.
Ale wymowa to powazny problem w Chinach, a dla nas wazne jest, zeby dzieci potrafily sie choc troche porozumiewac. Chinglish to nazwa uzywana powszechnie dla chinskiej „wersji” angielskiego. Chinczycy stworzyli nawet wlasna wersje miedzynarodowego alfabetu fonetycznego, i w ten sposob rozwiazali problem glosek, ktorych nie sa w stanie wyartykulowac. I jak temu zapobiec, gdy po naszych lekcjach dzieci maja lekcje chinglish z miejscowymi nauczycielami. Denerwujemy sie my, dzieci i nauczyciele. Ci ostatni przedkladaja nam niezbite dowody na poparcie swych racji - kasety, na ktorych brzmi niesmiertelny chinglish w wykonaniu wysokiej klasy anglistow chinskich.
Osiagamy kompromis postanawiajac nie uczyc dzieci najbardziej spornych slow i fraz, ale w pozostalych punktach jestesmy bezwzgledni, za nic majac zarzadzenie i juz po miesiacu przekonujemy sie, ze miejscowi nauczyciele kradna nasze pomysly, nasze piosenki, gry i metody.
Trudno jest jednak wyplenic w dzieciach nawyk bezmyslnego powtarzania. Nasladuja wszystko, kazdy gest, grymas, dzwiek, nawet kichniecia. Kiedy przechylam glowe i one przechylaja, kiedy klaszcze i one klaszcza. Zeby przywolac spokoj uzywam gwizdka, bo nie potrafia gwizdac i mam nadzieje, ze w nastepnym tygodniu nie przyniosa na lekcje swoich.
W kazdej klasie jest przynajmniej jeden uczen-krzykacz o ambicjach bycia pierwszym i najlepszym. Zwykle to nieszkodliwe, sympatyczne dzieciaki, ale jedna dziewczynka dziala mi na nerwy. Nazywam ja „Kitka”, bo wlosy ma tak ciasno zwiazane, ze nie mam watpliwosci, iz to jest wlasnie przyczyna jej wytrzeszczu. Otoz Kitka ma niezwykle wysoki, donosny i piskliwy glos. Kiedy pytam o cos dzieci, czy pojedynczo, czy grupe, Kitka drze sie pierwsza nie pozwalajac innym pomyslec. Przewracam demonstracyjnie oczami ze zniecierpliwienia, prosze ogolnie o prace zespolowa, zeby nie urazic jej ambicji, ale Kitka tych aluzji nie rozumie. Najwiekszy problem w tym, ze jej wymowa nie zawsze jest prawidlowa, bo ze swej popedliwosci nie slucha mnie do konca, tylko natychmiast powtarza, by udowodnic innym dzieciom po raz setny, ze jest najlepsza. I ze zgroza stwierdzam, ze po pewnym czasie dzieci zaczynaja nasladowac nie moja wymowe, lecz Kitki, bo jest glosniejsza.
Moja cierpliwosc wyczerpuje sie w dniu, gdy prowadze lekcje bez asystentki. Rownie ambitna wychowawczyni, oddelegowuje mi pod tablice Kitke z mikrofonem, dajac do zrozumienia, ze dziewczynka bedzie dzis moja prawa reka. A ja, choc chrypne coraz bardziej nie uzywam mikrofonu, bo gwizdze, trzeszczy i znieksztalca glos. Nie mialabym wiec szans jej przekrzyczec.
Grzecznie, ale stanowczo odsylam Kitke do lawki i kiedy tak patrze na jej twarz bliska lez, robi mi sie jej zal i nagle mnie olsniewa. Nie ma co walczyc z krzykaczka, trzeba jej zapal wykorzystac. Dopoty wiec stoje przy jej lawce i trenuje z nia wymowe nowych slowek, dopoki nie stwierdze, ze mowi poprawnie, a wtedy zaczynam uczyc pozostale dzieci i pozwalam jej sie drzec ile wlezie. Wychowawczyni jest dumna, Kitka krzyczy jeszcze glosniej, ale juz poprawnie, a ja mowie coraz ciszej oszczedzajac nadwyrezone gardlo. I wreszcie zaczynam lubic te nadpobudliwa dziewczynke.
Agencja prosi bysmy podawali sie za Anglikow, bo to „wyglada lepiej”. Dostajemy wiec angielskie imiona Merry & Sam i kiedy po tygodniu od faktycznego rozpoczecia roku szkolnego, podczas ceremonii witamy cala szkole i dziekujemy za zaszczyt pracy i tym podobne, szybko i w rumiencach rzucamy do mikrofonu klamstwo, ze przybylismy do nich prosto spod Londynu. Rzekomo prawde zna jedynie dyrektor.
Pytani przez dzieci, rodzicow, przechodniow klamiemy jak z nut coraz mniej sie czerwieniac, az do dnia, w ktorym odwiedza nas nauczycielka szkoly sredniej i wyraza radosc, ze ma okazje poznac Polakow.
A wiec wie cale miasto. Mimo to agencja upiera sie, bysmy nadal byli „Anglikami”. Ciagnac zatem dalej te chinska gre pozorow, udajemy, ze nimi jestesmy, a wszyscy inni udaja, ze w to wierza.
Prawda nie ma w tutejszej kulturze wielkiego znaczenia, chyba, ze przypadkiem wyglada korzystnie. Bo najwazniejsza jest twarz, pozory i wyglad. Klamstwo zatem przywara nie jest, a czesto bywa cnota. Niestety Chinczycy klamia kiepsko, bo za nic maja logike czy zwiazek przyczyn i skutkow. I choc tak latwo ich zdemaskowac, nie czuja zaklopotania.
Obca jest tez, jesli nie wroga asertywnosc. Mowienie wprost poczytywane jest za brak taktu, niekiedy wrecz agresje. Do perfekcji opanowana zostala zatem sztuka unikania konfliktow, polegajaca na udawaniu, ze ich nie ma.
Rozmowy nie dotykaja nigdy sedna sprawy. Wokol tematu Chinczycy kraza godzinami poruszajac watki na pozor niedorzeczne. A jednak z tej enigmy wlasnie wnioski nalezy wyciagac patrzac uwaznie w oczy, bo innej metody, by poznac intencje rozmowcy nie ma.
Nieumiejetnosc odmowy kaze obiecywac zlote gory, zawsze przytakiwac i w rezultacie nie dotrzymywac slowa.
Trudno dopatrzec sie zatem zwiazku, miedzy tym co przecietny Chinczyk mysli, mowi i robi, a niektorzy twierdza wrecz, ze takiego zwiazku nie ma.
Zderzenie dwoch tak roznych kultur w codziennym zyciu nie jest rzecza prosta, tym bardziej, ze jako goscie to my musimy sie dostosowac. Nasza polska „prawda w oczy” odbija sie wiec echem po wielkim mieszkaniu. W takiej sytuacji dziewczyny cierpliwie milcza, i konia z rzedem temu, kto zgadnie, czy kipi w nich zlosc, czy ledwo kielkuje zdziwienie.
Po pewnym czasie przestaje nas bawic wytykanie niekonsekwencji w kiepskich, obrazajacych inteligencje klamstwach, bo riposta jest jedynie lawina kolejnych, jeszcze mniej udanych bzdur. Madrzejemy wiec i z poblazliwym usmieszkiem milczymy cierpliwie.
Jestesmy pierwszymi obcokrajowcami w miasteczku. Ponoc kiedys agencja przywiozla tu Australijczyka, ale natychmiast kazal odwiezc sie z powrotem. Poczatkowo ludzie na nasz widok zatrzymuja sie, zamierajac z szeroko rozdziawionymi ustami. Wreszcie przywykaja, sprzedawcy przestaja oszukiwac, nasze zdjecia pojawiaja sie w miejscowej gazecie, a dzieciaki krzycza za nami „lao shi” (nauczyciel). Ale kiedy odwiedza nas Davies z Nigerii ludzie znow glupieja i nasze spacery po miescie wstrzymuja ruch uliczny. Ale po miesiacu takze Davies oddelegowany zostaje do pracy w naszym miasteczku i choc znacznie dluzej to trwa i do niego w koncu przywykaja.
By nie uchodzic za dziwakow prowadzimy otwarty dom, ale w przeciwienstwie do sasiadow uparcie zamykamy drzwi na klamke. Przychodza cale pielgrzymki uczniow, sasiedzi, znajomi asystentek. Jesli nie zamkniemy na klucz drzwi naszego pokoju, zagladaja nam bez skrepowania w kazdy kat, przegladaja rzeczy, bo tu nikt ni ma przed nikim tajemnic, a co troskliwsze kobiety, zagladaja nawet pod koldre, by sprawdzic, czy nie marzniemy w nocy.
Nasze asystentki maja angielskie imiona: Jenny, Tracy i wreszcie Joyce. W ciagu kilku miesiecy pod wspolnym dachem nie udaje nam sie poznac ich prawdziwych imion.
Jest tez Zosia (tak ja nazywamy prywatnie), albo jak wola dziewczyny „niania”, co po chinsku oznacza „ciocia”. Zosia zjawia sie z troski dyrekcji o nasze zoladki. Bo w Chinach przede wszystkim najesc sie trzeba porzadnie, a wiadomo, ze obcokrajowcy gotuja zle, a nawet jesli dobrze, to i tak nie maja z czego, bo kuchnia inna, garnki inne, warzywa, przyprawy, wszystko.
A wiec dyrektor fatyguje sie osobiscie na nasze szoste pietro i klaruje nam, ze dostaniemy kucharke dobra, na koszt szkoly, ktora codziennie pobiegnie na bazar po swieze warzywka, mieso i jajka i wszystko przyrzadzi i pozmywa i posprzata. Po dlugiej dyskusji udaje nam sie przeforsowac, iz kucharka przyrzadzi jedynie obiad, od poniedzialku do piatku, bo przeciez my nie jemy wiele, weekendy mamy wolne, a i sami tez chcielibysmy z kuchnia chinska poeksperymentowac.
Nastepnego dnia pojawia sie Zosia, a wraz z nia nowy rozszerzony plan lekcji, bo w Chinach nic nie dzieje sie bez przyczyny. Tak wiec od dnia nastepnego wymiar godzin lekcyjnych zwieksza nam sie z 20 do 27 lekcji tygodniowo, ale nie musimy gotowac. A jednak uczciwie nalezy dodac, ze kiedy po 2 miesiacach zmniejszono nam ilosc lekcji, Zosia zostala.
Zosia daje sie lubic od pierwszej chwili. Jest niezwykle pogodna, otwarta, uczy nas mowic w dialekcie, gotowac, ale gdy jestesmy zmeczeni przegania nas z kuchni.
Gotuje swietnie, odgaduje w mig nasze pragnienia, potrzeby, troszczy sie o nas jak dobra ciocia. Ona tylko staje po naszej stronie w sytuacji konfliktow ze szkola. Jest nasza jedyna przyjaciolka tutaj.
Od poczatku nie uklada nam sie jednak z asystentkami. Dzieli nas niemal 10 lat. Nie mamy ochoty na codzienne wedrowki po restauracjach i dyskotekach, sleczenie przed telewizorem i karaoke. Im sie nudzi, my potrzebujemy spokoju, mamy internet, sporo do zrobienia po lekcjach. Zyjemy wiec obok siebie.
Chyba na zlosc nam dziewczyny wymyslaja hotline dla uczniow w kazdy czwartek po lekcjach. Telefon dzwoni przez dwie godziny, ale my uparcie odmawiamy spiewania do sluchawki piosenek, bo to wlasnie dzieci lubia najbardziej. Szybko sie jednak dziewczetom nudzi, wiec po 15 minutach odlaczaja telefon, choc rano na czwartkowych lekcjach obludnie przypominaja, ze to dzien tele-dyzuru.
Dziewczyny chca sie wydostac z dziury, wiec symuluja infekcje oczu. Nie przychodza lub tez nagminnie spozniaja sie na lekcje, wmaszerowujac w slonecznych okularach i demonstracyjnie zakraplajac rozowe kropelki, od czego oczy robia im sie czerwone. Wieczorem infekcja cudownie znika i dziewczeta pedza do dyskoteki.
Jenny brak tej konsekwencji, ktora posiada Tracy i czesto zapomina, ze ma byc chora. Skutkiem tego zostaje z nami, a szczesliwa Tracy odwoluja do Chongqingu, przysylajac na jej miejsce Joyce. A z Joyce szybko znajdujemy wspolny jezyk.
Jenny skarzy wiec namietnie na Wojtka do agencji, a to, ze nie pozwala jej na lekcjach spiewac albo, ze niezbyt solidnie przygotowuje sie do lekcji. Ale z Jenny juz tak jest, ze wszystko co zle do niej wraca i odtad musi poswiecac swoje cenne wieczory przygotowujac pomoce dla Wojtka, rysujac, wymyslajac wierszyki, chanty, a po lekcjach wraca ochrypnieta od spiewu.
Srednio co dwa tygodnie ma miejsce apel, czy defilada. Cala szkola gromadzi sie na boisku. Dzieci ida w rownych rzedach i zajmuja od dawna przypisane im niewidocznymi liniami miejsca. Dla dyrekcji ustawiane jest podium, okryte czerwonym dywanem. Dyrektorzy przemawiaja po kolei, wykrzykujac cos, jakby ganili dzieci a potem urywaja sie z imprezy. Podium zostaje puste, dzieci wciaz stoja, a za mikrofonem zmieniaja sie przodownicy - nauczyciele i dzieci, drac sie w nieboglosy. Po dwoch godzinach rowniutkie szeregi wracaja do klas.
W szkole bardzo wazne jest, aby dzieci nie mialy zbyt duzo wolnego czasu. Zwyczajne przerwy trwaja 10 minut i wtedy dzieciaki tlocza sie w kolejkach przed toaletami, ale podczas polgodzinnej przerwy wszystkie klasy ustawiaja sie w rownie rzedy na boisku pod naszym oknem i tancza w rytm chinskiej muzyki dyskotekowej, wiernie nasladujac ruchy przodownikow stojacych nieco wyzej. Obserwujemy je z balkonu i wiemy juz skad sie bierze ta monotonia i powtarzalnosc w tancu doroslych.
Podczas tzw. „eye exercise”, na piec minut przed 14.00, mali dyzurni-terrorysci pilnuja porzadku. Kto miast masazem oczu zajmuje sie gadaniem, lub wierci, dostaje po glowie z otwartej reki lub z drewnianej linijki. Niezwykle jak szybko z milej w dumna i bezlitosna zmienia sie twarz dziecka, ktoremu na chwile powierzono wladze nad innymi dziecmi. Podczas gdy obserwuje to z dezaprobata i usmiecham sie pocieszajaco do skarconych dzieci, wychowawca patrzy na porzadkowych z zadowoleniem i leje w drugim koncu klasy drewniana linijka.
W soboty i niedziele w szkole podstawowej nie ma lekcji ale smaczne drzemanie do poludnia nalezy sobie wybic z glowy. O 5.30 (tak jak od poniedzialku do piatku) po raz pierwszy plynie z glosnikow w miasto patriotyczna piesn. Wybici ze snu z trudem zasypiamy na chwile, by o 6.00 wysluchac kilkuminutowego przemowienia wykrzykujacego w miejskie glosniki wazniaka. O 6.30 przychodzi pod blok chlopiec i drze sie „He Ping”, tak dlugo i glosno, az He Ping sie obudzi i wyjdzie ale wtedy nie warto juz zasypiac bo o 7.00 w kazda sobote i niedziele rozpoczynaja sie na boisku pod naszym oknem proby poczatkujacej orkiestry detej czwartoklasistek.
W oknach szkoly sredniej, po sasiedzku, swiatla gasna dopiero po 21.00, takze w niedziele. Bo szkola srednia to dopiero szkola z prawdziwego zdarzenia! Dzieci wychodza z domu o 7.00, a wracaja po 21.00. Do polnocy odrabiaja lekcje a o 6.00 znow musza wstac. Tylko niektore szkoly maja kilka wolnych niedziel. Byc moze przeladowanie programu wynika z tego, ze dopiero w szkole sredniej pojawia sie geografia, biologia, chemia, historia, czy fizyka. W szkole podstawowej kroluje chinski, matematyka, nauki spoleczne i moralne, gimnastyka, muzyka, plastyka i oczywiscie chinglish.
Mordercza nauka w szkole sredniej trwa 6 lat. Wiele dzieci nie wytrzymuje tego tempa i samobojstwa zdarzaja sie wsrod uczniow nagminnie. Mimo wszystko rodzice sa zdania, ze taki system jest dobrodziejstwem dla dzieci, dla ich przyszlosci. Kiedy pytamy, czy one potrafia wciaz jeszcze po wielu godzinach cokolwiek przyswajac, odpowiadaja, ze dzieci sa bardzo pilne. Ale w soboty i niedziele przechodzac pod oknami szkoly sredniej slyszymy bezmyslne, choralne powtarzanie przez dzieci nauczyciela krzyczacego do mikrofonu.
Chinczycy kochaja hazard. W naszej szkole w weekendy takze dlugo nie gasnie swiatlo ale tylko w oknach swietlicy. Z ciemnego balkonu podgladamy nauczycieli grajacych w madzonga, karty czy chinskie szachy. Zosia jest lokalna mistrzynia. Ktoregos dnia wyciaga do swietlicy Wojtka i z jej pomoca, niewiele orientujac sie w zasadach gry Wojtek przegrywa wszystko co wygrala Zosia.
Podczas przerw przedszkolaki, nie muszac uczestniczyc w boiskowych tancach, rzna w karty az podloga dudni. A dudni bo wala w nia reka. Przygladam im sie tak dlugo, az wreszcie malcy klaruja mi zasady. Chodzi o to, by uderzyc w podloge tak sprytnie, by wlasna karta podskoczyla i przykryla lezaca obok karte przeciwnika. Zwyciezca zabiera karte pokonanego.
Chlopcy maszeruja z kieszeniami wypchanymi zdobycznymi kartami. Nie sa to zwyczajne karty, ale specjalne, z numerami i potworami z bajek. Od czasu do czasu wreczaja mi je na pamiatke, ci bardziej skapi zniszczone.
Dziewczynki podarowuja mi rysunki, szklane kuleczki, kolorowe spinki. Maja ich we wlosach dziesiatki. Bo glowy przedszkolakow to poezja. Wymyslne warkoczyki, kucyki, zwykle po trzy, na czubku jeden, obandazowany kolorowa wstazka i sterczacy wysoko, a dwa po bokach, odstajace jak anteny. Sa tez trwale, sztuczne loczki, peruczki. Na to tradycyjne czapki, „korony” z koralikow, boa, anielskie wlosy.
W przedszkolu dzieci nosza piekne, jedwabne stroje, dziewczynki sukieneczki jak ksiezniczki, zwykle rozowe lub purpurowe a chlopcy mini garniturki chinskie. Malcy w mojej najmlodszej grupie 3-4-latkow biegaja jednak w chinskich porcietach z dziura na tylku, zastepujaca pieluchy, ktora otwiera sie gdy dziecko kuca.
Rodzice uwielbiaja swe jedynaki. Przed przerwa obiadowa i po lekcjach setki mamus, tatusiow i babc czekaja przed bramami szkoly. W ich towarzystwie najmlodsze pociechy bezpiecznie wracaja do domu.
Joyce wnosi do naszego mieszkania zgode i lepsze porozumienie. Mowi od Jenny znacznie lepiej po angielsku i nie udaje, gdy czegos ni rozumie. Sporo rozmawiamy, ale nie odwazamy sie pytac o tematy trudne. Policja sprawdza nas co miesiac. Obcy jest chyba z zasady podejrzany. Moze dlatego miejscowi unikaja kontaktu z nami, by nikt nie posadzal ich o niejasne zwiazki. To male miasteczko, wszyscy nas juz znaja, a jednak nie udaje nam sie z nikim zaprzyjaznic. Jest tylko Zosia, ale z nia rozmawiamy glownie na migi.
Zatem jedynie neutralne tematy rzadza naszymi rozmowami z wylewna Joyce. Trudne pozostawiamy na weekendowe rozmowy z Daviesem, z ktorym mozemy rozmawiac po esperancku.
Przesiadujac w zimnym salonie, obuci w bambosze, czapki, kurtki i rekawiczki, dowiadujemy sie od dziewczat naszych, ze mloda Chinka marzy o mezczyznie bogatym, najchetniej obcokrajowcu i duzym. Materializm wynika zapewne z powaznej odpowiedzialnoscia jaka spada na mlodych, ktorzy w braku porzadnego systemu socjalnego utrzymac musza cala wielopokoleniowa rodzina. Moze dlatego wlasnie mlodzi nie przedkladaja wlasnego szczescia w zwiazku opartym na milosci nad bezpieczenstwo i dobrobyt rodzicow, dziadkow, pradziadkow, cioc i wujkow.
Obcokrajowiec, ktory z zgodnie z powszechnym przekonaniem jest bogaczem, to najlepszy material na malzonka. Co do rozmiarow kandydata, mamy pewne watpliwosci, bo przy niedzwiedzim wzroscie upiera sie tylko Jenny.
Co jednak pragnelyby zmienic dziewczeta we wlasnym wygladzie, by stac sie dla idealnych partnerow atrakcyjnymi? Po pierwsze wybielic skore, po drugie wydluzyc nos, a potem zakrecic i ubarwic wlosy a takze podrosnac. Mecza sie wiec nasze panienki z maskami wybielajacymi, uczerniaja sobie grzbiet nosa, twierdzac, ze w ten sposob optycznie sie wydluza, rozjasniaja wlosy, od czego robia im sie zolte i paraduja w walkach, po ktorych zdjeciu wlosy natychmiast sie prostuja. Buty oczywiscie wysokie, na 10 cm szpilkach z dlugimi czubkami jak u arlekinow.
Marzeniem Joyce jest podrozowac, ale bedzie mogla sobie na to pozwolic dopiero po kilku latach pracy. Na pytanie dokad chcialaby pojechac, odpowiada z blyskiem w oku, ze najpierw do Szanghaju. A wiec takie mozliwosci ma mlodziez. Nawet podroz po wlasnym kraju to olbrzymie wyzwanie.
Jenny mimo swych wysokich, glownie ekonomicznych wymagan co do przyszlego meza, marzy jednak o milosci. Oglada wszystkie telewizyjne love stories i placze jak bobr. Marzy jej sie slub w stylu europejskim.
Wojtek pyta Jenny o Boga i czy rozumie pojecie „religia”. Dlugo szuka w slowniku i odpowiada wymijajaco, ze wielu Chinczykow jest religijnych. Gdy zamierzaja sie pobrac, czy zrobic biznes udaja sie do mnicha lub starej kobiety proszac o rade. A wiec wrozbiarstwo i czary mary.
Caly tydzien przed Bozym Narodzeniem opowiadamy dzieciom o swietach. Rysujemy na tablicy choinke i Mikolaja. Dzieci znaja te postac, ale wiekszosc dziwi sie, ze siwobrody grubas przynosi prezenty. Zadaja dziesiatki pytan, gdzie mieszka i ktoredy przychodzi. A poniewaz nigdy nie dostaly prezentu, uciekamy sie do malego podstepu. Tlumaczymy, ze trzeba napisac list do Mikolaja i poprosic o cos. Kiedy pytaja o kod radzimy, by przekazaly list rodzicom, bo tylko dorosli znaja prawidlowy adres. Joyce, szybko chwyta idee i z komiczna powaga tlumaczy dzieciom co dokladnie maja zrobic.
Szkola wrecza nam wielkie paczki, pelne prezentow, zwyczajem chinskim zjadliwych.
Zosia przybiega na dzien przed wigilia zaaferowana a poniewaz nie ma juz dziewczyn probuje nam cos nieskutecznie wyjasnic. Wskazuje na czarna szafke w kuchni, potem na skore, na zoladek i macha bezwladnie rekami. Wreszcie domyslam sie, ze pyta czy Davies i Mike (drugi juz ciemnoskory nauczyciel w naszym miescie) odwiedza nas w swieta.
To bardzo ciekawe, ale Chinczycy twierdza uparcie, ze nie sa rasistami, choc na widok Murzynow zawsze krzycza „czarni”. W podreczniku do angielskiego dla klasy pierwszej, w lekcji o kolorach maly (brazowy) Murzynek z kolczykami w uszach ilustruje slowo „black”, a pod slowkiem „brown” namalowano czekolade, ktora by oddac sprawiedliwosc jest ciemniejsza niz malec. Tracy zapytana czy uwaza, ze to w porzadku odpowiada, ze to bardzo mile i zabawne. Kiedy mowie, ze w takim razie pod „yellow” powinni narysowac malego Chinczyka, purpurowieje.
W wigilie idziemy z Zosia na bazar. Przejela sie goscmi i postanowila nagotowac dla pulku. Dzwiga na plecach wielki wiklinowy kosz, a my plecaki. Ladujemy tony warzyw i owocow, udziec barani, ryby. Zosia przebiera w stosach purpurowych oberzynow i czerwoniutkich papryk, wykloca sie o cene, sprawdza wage. W nosie wierci od zapachu ziol i przypraw, oczy bola od wariackiego tanca kolorow. Ale w czesci miesnej nie jest juz tak romantycznie. Mezczyzna opala wypatroszonego psa palnikiem, z koszy stercza setki sztywnych kurzych lap, gruba kobieta wpompowuje w biale flaki powietrze i przesuwa do przodu pecherz, by udowodnic klientce ze sa szczelne. Potem odmierza kilka metrow na drewniane miarce, jak w sklepie tekstylnym.
Zosia wielkim gwozdziem przybija w naszej kuchni swinska skore i berze sie do pracy. Dlugo pichci te wszystkie warzywa, miesa i wodorosty. Wreszcie poprobowawszy troche, zdejmuje fartuch. Dziekujemy wreczajac zaskoczonej Zosi wielka paczke z prezentem, ktorego przyjecia zgodnie z chinska tradycja odmawia trzykrotnie. Jeszcze przez chwile z dziecieca ciekawoscia patrzy jak pakuje prezenty dla gosci i wreszcie usmiechnieta i zmeczona odchodzi.
Nastepnego dnia mamy swoje uczte swiateczna, z Zosia, Daviesem i Mikem a wieczorem zaprasza nas na kolacje dyrektor szkoly sredniej. Nasza szkola postanowila widac nie zaklocac rodzinnego charakteru zachodnich swiat, wyslugujac sie paczka i Zosia. Ale to nie chinskie swieto, wiec nalezy sie rozgrzeszenie.
Dyrekcja jednak przygotowala dla nas niespodzianke noworoczna. Rano, trzy dni przed koncem grudnia, pojawiaja sie nagle dziennikarze, kamery. Przeprowadzaja z nami wywiad, filmuja nasze lekcje i „spontaniczne” rozmowy z dziecmi na korytarzu. Nie podoba mi sie to i instynkt mnie nie myli. Po poludniu dziewczyny informuja nas, ze w styczniu nie mamy lekcji i tuz po Nowym Roku wracamy do Chongqingu. Bedziemy miec zatem 2 miesiace ferii. Az siadamy z wrazenia.
Przez caly wieczor glowimy sie nad przyczynami tak naglej decyzji i nagle przypominam sobie, ze wczoraj szukalam w internecie informacji na temat organizacji antyrzadowej F a l u n g o n g. A przeciez jestesmy podlaczeni do szkolnej sieci.
Po naszym telefonie zjawia sie bardziej doswiadczony Davies, i uspokaja, ze to nie z powodu F a l u n g o n g u, ale po prostu tak juz z Chinczykami jest. Podejmuja decyzje nagle, z nikim sie nie liczac. Ale niewykluczone, ze kontrakt ze szkola konczy sie rzeczywiscie wraz z grudniem i wiedzial o tym tylko dyrektor i nasza szefowa.
Nastepnego dnia wiesc dostaje skrzydel, bo plotki to ulubiony watek rozmow chinskich. Czy to przyjaciel, czy ojciec, z prywatnoscia jego zycia nikt sie nie liczy. Zreszta Chinczycy nie rozumieja pojecia intymnosc.
A dyrekcja wrecz paralizuje nas swym brakiem taktu wysylajac kolejnych kamerzystow i bezczelnie informujac, ze bierzemy udzial (oczywiscie honorowo) w materiale reklamowym, ktory szkola rozesle do wszystkich przedszkoli we wrzesniu. Wojtek kategorycznie odmawia filmowania, a ja na chwile miekne, kiedy przyprowadzaja mi trojke ulubionych uczniow, trzesacych sie ze strachu i wrazenia przed wielka kamera.
Ostatniego dnia, udajac, ze problemu nie ma, dyrekcja zaprasza nas na kolacje pozorow. Podziekowaniom nie ma konca a takze zapewnieniom, jak sie pozniej okazalo szczerym, ze licza na nasz powrot po feriach.
Wsciekli, ze szkola nas zrobila w konia, ale i szczesliwi, bo w poniedzialek nie musimy juz isc na lekcje, witamy Nowy Rok 7 godzin wczesniej niz nasi bliscy. Ale po naszej stronie swiata strzela jedna tylko petarda. Pijemy poziomkowego szampana i pozno zasypiamy.
A Zosia zrywa nas niemal o swicie bo jej rodzina postanowila nas pozegnac zapraszajac do restauracji nad malym jeziorkiem. Stawil sie nawet dziadek, kilka ciotek i bracia, corka Zosi i jej kuzyni. Nie ma sily, trzeba wyjsc z lozka.
Plywamy po jeziorku, gramy w karty, spacerujemy po lesie, a po wielkim wystawnym obiedzie wracamy i po serii zdjec, rodzina Zosi odprowadza nas pod blok.
Smutna Zosia zaglada jeszcze wieczorem, kiedy laczymy sie z rodzicami. Patrzy zaskoczona na naszych najblizszych, ich mieszkanie, macha do kamery, krzyczy po chinsku do mikrofonu i cieszy sie jak dziecko.
Ciezko nam sie rozstac. Tylka za nia i za dziecmi bedziemy tesknic. Postanawiamy jednak, ze juz tu nie wrocimy, ale nie mowimy Zosi. Ona wciaz dopytuje pukajac w kalendarz i kaze nam zachowac klucze, ale chyba sie domysla, gdy zabieramy wszystkie rzeczy.
Wracamy do Chongqingu, do tego samego mieszkania, w ktorym sa wszystkie sciany.
Miasto przygotowuje sie do obchodow Chinskiego Nowego Roku. Ulice przystrojone sa tysiacem lampek, neonow i setkami kogutow. Kolejny rok nalezy bowiem do koguta.
Wraz ze swiatecznym nastrojem zalewa miasta grupa objazdowych zebrakow-kalek. Pojawiaja sie nagle, niemal na wszystkich rogach, obnazajac ulomnosci i gwalcac przechodniow swa natarczywoscia. Ale Chinczycy nie sa sklonni do dawania. Brak w nich wspolczucia, nie ma tradycji milosierdzia. Troska o byt konczy sie na wlasnej rodzinie i jedynie niezdrowa ciekawosc zatrzymuje ich przy kalekach. Dlatego pewnie w Chinach nie widzi sie Cyganow.
A jednak wsrod milionow zdarzaja sie tacy, ktorzy rzuca co nieco. I jest ich wystarczajaco duzo, by zebrakow objac stosowna „kuratela”. Tworza sie nagminnie gangi, dzielace miedzy siebie rewiry, wynajmujace falszywych zebrakow i zdzierajace wysokie „podatki” z niezaleznych.
Zebracy spia otuleni w lachmany na marmurowych schodach bankow, nie przeganiani jednak przez nikogo. Nikt ich rowniez nie przegania za dnia z ulicy, choc ci bardziej pomyslowi klada sie nawet w poprzek chodnika. Ponoc wiekszosc z nich to rolnicy z prowincji An Hui, ktorzy stracili i poczucie godnosci i ochote do ciezkiej pracy na roli.
W dzielnicy w ktorej mieszkamy, bedacej jednym z nowoczesnych centrow handlowych, nie brak chinskiego folkloru. Pod naszymi oknami, w waskiej, tylnej uliczce urzeduja rzeznicy. Przed chronionym wejsciem do bloku mijamy nowoczesne taksowki i zaprzegane w ludzkie miesnie wozki ze stosami poltusz.
Na pobliskim targu, nad ktorego walacymi sie dachami lsnia szklane wiezowce, przy malym stoliku mezczyzna wyszczerza zeby do ulicznego dentysty. Na stoliczku leza narzedzia, dentysta krzata sie przez chwile, przeskakuje przez skrzynie z rybami, ktora wlasnie wystawila wlascicielka sasiedniego straganu i po chwili wraca z wlasciwymi obcegami. Po drugiej stronie stolu siedzi oczekujacy mezczyzna z nosem zaslonietym gazeta i noga na stolku pucybuta.
Na tym wlasnie polega chinska kompleksowosc uslug. Dentysta i pucybut nie wchodza sobie w droge. Przy tym samym stoliku znalazlo sie tez miejsce dla pani dziergajacej na drutach. Byc moze to kolejna pacjentka, albo tez zona dentysty, a niewykluczone, ze recepcjonistka.
Za zakretem wchodzimy w alejke ptaszkow. Chinczycy kochaja malych spiewakow w klatkach. Wyprowadzaja je na spacery do parkow, oslaniajac przed halasem i smogiem szczelnymi kapturami. Milosc do ptaszkow, nie przeszkadza im jednak na tym samym targu zamawiac golebie, ktore zarzyna sie na miejscu. Ot, piekny przyklad branzowosci niektorych targowych ulic.
Po sasiedzku z aleja ptaszkow znajduje sie alejka kotow i psow. Niektorzy sprzedaja szczenieta z kartonu, ale sa i specjalisci w eleganckich, szklanych sklepach. Z wystaw obszczekuja nas farbowane na roz, seledyn, czy blekit pudle, niekiedy pudle mix.
W plataninie waskich ulic odkrywamy mala swiatynie konfucjanska. Na dziedzincu uwijaja sie ogolone mniszki w szarych habitach siekajac przy dlugich stolach warzywa. Ludzie wchodza, zapalaja swieczki czy kadzidla a potem kieruja sie do mnisiej jadlodajni.
Sprzedawcy uliczni uparcie probuja nas naciagac. Ale nie tylko nas. Wszyscy kupujacy musze sie wyklocac. Niektorzy nawet nosza swoje wagi i kontroluja sprzedawcow wciaz poslugujacych sie zakazanymi wagami patykowymi. Oszukanie na wadze jest dyshonorem i najogolniej mowiac wielkim oszustwem w pojeciu Chinczykow. Ale podawanie zawyzonej ceny oszustwem nie jest i jesli ktos przeplaca, nie moze zadac zwrotu. Chinczycy mawiaja, ze sprzedawca ma prawo proponowac cene „do nieba”, a kupujacy „do ziemi”. W wyniku dlugiej dyskusji nastepuje zazwyczaj kompromis, czyli „ciecie brzucha”. Jesli cena zostanie raz uzgodniona nie mozna sie wycofac. Bywa, ze kobiety dorzucaja sobie jeszcze do koszyka kila gratisowych sztuk, czego mezczyznom jednak czynic nie wypada.
Poniewaz w Chinach ceny fiksowane to rzadkosc, by dowiedziec sie jak jest rzeczywista lub przynajmniej zblizona wartosc towarow, lamiemy niestety odwieczne zasady chinskiego targu. Nawet jesli znamy wartosc towaru w jednym miejscu, nigdy nie mamy pewnosci, czy w innym nie jest ona 2 razy wyzsza, lub nizsza. Jak zgadnac przez rece ilu posrednikow przeszedl?
Krazymy wiec od straganu do straganu podajac coraz nizsza cene i jesli sprzedawca godzi sie wreszcie zbyt szybko powtarzajac „o.k., o.k., o.k.”, jakby w obawie, ze okazja umknie, przechodzimy do nastepnego, proponujac mniej. I tak do chwili, az kilku szczerze oburzy sie na nasza propozycje, co oznacza, ze zeszlismy ponizej granicy oplacalnosci.
Wieczorami krazymy w wawozach szklanych wiezowcow, zachodzimy do portu i wreszcie do ulubionego sprzedawcy muzulmanskiej, grillowanej baraniny, ktory zawadiacko przechyla czapke na bakier i szczerzy srebrne zeby. Z drobnego ciala wydobywa sie tak donosny, tubalny glos, ze gdy nagle krzyknie, przechodzacy obok flegmatyczni Chinczycy podskakuja zaskoczeni. Zna chinski nie lepiej niz my, ale jakos sie dogadujemy. Jest Ujgurem z prowincji Xijiang i ma czworke dzieci. Niekiedy towarzyszy mu olbrzymia zona i kiedy usmiechamy sie na ten niezwykly widok, mruga porozumiewawczo okiem.
Chinska polityka jednego dziecka, przewiduje wyjatki dla mniejszosci narodowych, ale nie tylko. Rzad zaczyna juz zauwazac negatywne skutki swej nie do konca przemyslanej decyzji. Spoleczenstwo sie starzeje a kary za urodzenie drugiego dziecka z roku na rok maleja. Pojawiaja sie tez „furtki” dla rodzicowi majacych coreczke a pragnacych chlopca, czy tez dla wiesniakow, ktorym zaczyna brakowac rak do pracy na roli.
Powszechna jest ponoc do dzis, choc oficjalnie nielegalna, praktyka kupowania dzieci na wsi. Przy czym za chlopca placi sie wiecej. Jak panstwo reaguje na te praktyke nie wiemy, ale w wielkim przeludnionym kraju wies, odlegla od wplywu miejskich biurokratow rzadzi sie od wiekow wlasnymi prawami. Z drugiej strony staroswieckie karty identyfikacyjne tak latwo podrobic, ze „zalegalizowanie” kupionego dziecka nie stanowi problemu wiekszego niz wydatek kilkudziesieciu yuanow.
D. zaprasza nas na wigilie Chinskiego Nowego Roku, albo jak chce bardzo nowoczesny rzad, Swieta Wiosny. Zjechalo ponad 20 osob, bracia, siostry, dziadkowie i wnuki, ktorzy co roku spotykaja sie w domu D., by wspolnie spedzic tych kilka najwazniejszych dni w roku.
Stol ugina sie wylacznie od potraw miesnych. Leje sie najlepsza wodka, dymia najdrozsze papierosy.
Pytamy o znaczenie symbolu koguta. Poniewaz sprawa dotyczy antycznej tradycji, D. zwraca sie zwyczajowo o wyjasnienie do najstarszego czlonka rodziny. Dziadek dlugo i zawile tlumaczy zasady kalendarza chinskiego, ale nie dowiadujemy sie, czy ludzie urodzeni w roku koguta odznaczaja sie jakimis wyjatkowymi przymiotami. Wiadomo natomiast, ze rok ten nie sprzyja trwalosci zwiazkow malzenskich.
Trwalosci tej nie sprzyja chyba jeszcze wiele innych okolicznosci, jako ze Chiny uchodza za kraj, w ktorym najczesciej zmienia sie partnerow zyciowych. Moze to skutek priorytetu walorow ekonomicznych przy wyborze partnera, a moze w tej kulturze do nierozerwalnych naleza jedynie wiezy krwi.
W kuchni stoi oltarzyk poswiecony ojcu D. - lotnikowi. Wsrod talerzy z potrawami, tasakow i innych sprzetow kuchennych, na blaszanym pudelku stoi czarnobiale zdjecie mlodego mezczyzny, bardzo podobnego do naszego przyjaciela. Pala sie kadzidelka i czerwone stozkowe swiece. Lotnik pracowal dla amerykanskich sil powietrznych w czasie wojny z Japonia, ale podczas rewolucji kulturowej zostal z tego samego powodu uznany za wroga. Represjonowana rodzina rozjechala sie po swiecie (do Stanow, na Tajwan), ale ojciec D. nie zdolal sie wydostac. Zostal uwieziony. Pobitego i nieprzytomnego zwolniono go jednak po wielu miesiacach i zwrocono zonie, by umarl w domu.
Na pytanie, czy dzis ludzie zadowoleni sa z rzadow komunistow D. bez wahania odpowiada, ze nie, ale szybko dodaje, ze takie opinie odwazaja sie wyrazac jedynie w domu. On i jego bracia sa zwolennikami pluralizmu politycznego. Przed kilkunastu laty nalezeli do tajnego ugrupowania opozycyjnego. Podczas zajsc na placu Tian An Men wykonali wiele zdjec, ktore kiedys byc moze uda sie opublikowac. D. obiecuje, ze nam je ktoregos dnia pokaze, ale zastrzega, ze nie bedziemy mogli kopiowac.
Tradycyjnie wigilia trwa do bialego rana. Trzy razy zasiada sie do wieczerzy by podjesc i popic a w przerwach na uprzatnietych stolach rozkladaja kosci do madzonga i karty. Nie znamy gier, wiec zegnamy sie przed 22.00. W koncu to rodzinne swieto, a my chcemy jeszcze zobaczyc, co dzieje sie w miescie.
Ale na miescie dzieje sie nie wiele. Szalenstwa petardowe i spray z pianka, to w zasadzie wszystko. Ludzie przechadzaja sie spokojnie z balonikami w rekach a przed swiatynia konfucjanska ustawia sie ponad kilometrowa kolejka. Wszyscy chca zapalic swieczki za zmarlych i za pomyslnosc. Policjanci pilnuja, by nikt nie wchodzil poza kolejnoscia, ale wszyscy stoja poslusznie. Kordon zamykajacy droge do swiatyni przerywaja dwa wozy strazackie, bo od rozpalanych na ulicach i klatkach schodowych ognisk, na ktorych dla przodkow plona imitacje antycznych pieniazkow, zajmuje sie kilka domow. Przed wejsciem do naszego bloku pani wrecza Wojtkowi garsc pieniedzy i zacheca by spalil, ale sasiad z klatki schodowej, widzac nas z aparatem wygraza znad ogniska czerwona od plomieni piescia.
Rano wracamy do D. i jedziemy na grob jego ojca. Cmentarz chinski to rzedy identycznych nagrobkow wspinajacych sie tarasami na szczyt wzgorza, podobnie jak pola ryzowe. Niewysokie, pionowe plyty zaslaniaja betonowe kopce z urnami. W bogatszych alejkach prochow strzega kamienne lwy.
Grob lotnika stoi na samym dole. D. mowi, ze to byl osmy nagrobek, potem w krotkim czasie przybylo tysiace innych. Kupujemy przed cmentarzem pieniazki, kadzidelka i swieczki. Sa tez kartonowe domy, komputery i samochody, ktore mozna spopielic na grobie przodka.
D. z rodzina podpalaja pieniazki, my swiece i kadzidelka. Mezczyzni klada na plycie papierosy dla ojca i przesuwaja je powoli, by spalily sie do konca.
Zostawiamy ich i wspinamy sie na gore. Na szczycie zasluzeni dzialacze komunistyczni maja groby indywidualne, z lawkami i wielkimi rzezbami.
Przyjezdza Davies i donosi, ze przed brama szkoly dyrekcja postawila wielkie bannery z naszymi zdjeciami. Z tym juz nie mamy sily walczyc. Agencja rozklada rece z niewinnym usmiechem, a my szykujemy slodka zemste.
Pakujemy sie i na kilka dni przed rozpoczeciem drugiego semestru opuszczamy miasto informujac agencje, ze nie zamierzamy wrocic.