CHINY cz. 6 - Sichuan (21.07-13.08.2004) Sichuan karmi nas obrazami, o ktorych w tej czesci Azji dawno zdazylismy zapomniec. Gory wolne od ludzkiej “fantazji”, od ryzu, od betonu. Przemierzamy bezkresne przestrzenie, ukazaujace za kazda przelecza co raz to inne widoki. Gory lagodne jak zielone bochny chleba, to znow gory drapiezne, skaliste, czasem gole a czesto przystrojone w strzeliste drzewa, z ktorych olbrzymie porosty zwisaja jak anielskie wlosy. Karlowate drzewka o brunatnych, grubych lisciach, spinaja kruche skaly na najbardziej stromych krawedziach.
Powraca blekitne niebo. Tak czyste mielismy ostatnio w Mongolii. Co kilka godzin mijamy osady tybetanskie, ktore wraz z gorami zmieniaja sie za kazda przelecza. Jesli dolina jest pelna kamieni i domostwa sa kamienne, jesli rosna drzewa, pobudowane sa z drewna. Oczy bola od snieznej bieli domkow w zielonych dolinach, ale czesciej mijamy czarne jurty i wielkie stada jakow.
Kazda przelecz ma tu mistyczne znaczenie. Przejscie do doliny otwiera barwna brama z modlitewnych choragiewek a czasem tez stos czaszek jakow z tybetanskimi inskrypcjami. Dwaj mlodzi kierowcy zatrzymuja sie przy kazdej takiej teczy pozostawiajac jedwabne, biale szarfy i kilka kamykow.
Przy rozwidleniu drog, znajduje sie osada kilku kamiennych, przypominajacych twierdze domow. Jest tez sklepik i warsztat wiejskiego mechanika-dentysty. Ten siedzi przy malym stoliku i grzebie w stercie narzedzi, sztucznych szczek, zebow i klejow, byc moze dentystycznych.
Za wioska, do gory nad rzeka przytula sie klasztor buddyjski i kilka mnisich domkow. A dalej bez konca ciagnie sie dolina kamieni.
Zaczyna sie od kamykow ktore wypelniaja jedynie koryto rzeczki, potem rosna i stercza z wody, az wreszcie rozsypuja sie na okolice. Najpierw ziemia wyglada jak gigantyczna zielona biedronka w szare kropki, ale kamloty wciaz rosna az wreszcie laka juz tylko od czasu do czasu pojawia sie plamkami na kamiennym dywanie.
W Litangu, miasteczku na wysokosci 4050 m wszystko jest tybetanskie, domy, nasz guesthous, piekni ludzie, z wyjatkiem glownej ulicy o iscie chinskim wygladzie. Ale betonowe “china town”, z urzedami, pomnikiem i hotelami dla prominentow, szpeci centrum niemal kazdego, nawet najmniejszego miasteczka w tym kraju. Omijamy wiec betonowa enklawe i szybko ladujemy w kolorowym, innym swiecie.
Wysokie, smukle kobiety o ogorzalych twarzach i orlich nosach kreca mlynkami modlitewnymi. W swych cieplych, kolorowych strojach i grubych, zczepionych u pasa warkoczach przypominaja Indianki.
Starzy mezczyzni przewijaja w palcach drewniane rozance i zaciagajac sie od czasu do czasu tabaka kichaja do slonca. Mlodzi wpinaja w swe dlugie wlosy sztuczne “ogony” z czarnego lub czerwonego lsniacego wlokna i owijaja je wokol glow niczym turbany. W taka zmyslna fryzure wpinaja korale i kamienie, niekiedy w rozmiarach hokejowych krazkow. W wielkich okularach slonecznych przypominaja bajkowe, gigantyczne stwory.
Wszyscy tu nosza jasne, filcowe kapelusze, mezczyzni w stylu westernowym, a kobiety meloniki zakladane na bakier. Wszyscy jezdza na motorach podobnych do Harley'ow, z kierownic ktorych powiewaja barwne wstazki a nad licznikiem stoja zdjecia lamy.
Na targowisku roi sie od kolorow. Najwieksze zamieszanie w alei miesnej, gdzie w sloncu blyszcza poltusze z jakow i owiec. Ludziska ogladaja, spieraja sie, dotykaja. Znacznie spokojniej wsrod ziol i warzyw. Mozna tu kupic takze butelke jaczego mleka i gore masla. Chinska taniocha nie cieszy sie wzieciem, ale i ona znajduje sobie miejsce w bocznej alejce.
Rankiem wybieramy sie do swietej gory. Schodzimy z drogi i wedrujemy przez laki, pomiedzy bialymi jurtami. Rodzina szykuje sie do wesela i spieszy by przed deszczem postawic kolorowy namiot dla gosci. Mezczyzni wbijaja drewniane kolki a potem mocujac liny z wlosia jakow, cos nam wyjasniaja. Moze zapraszaja na impreze, moze ostrzegaja przed deszczem. Nie rozumiemy ni slowa, ale wsluchujemy sie w ten dzwieczny jezyk, sycac ucho zapomnianym juz niemal, wyraznym i przeciaglym “rrr”.
Niewysokie wzgorze oplata siec modlitewnych choragiewek. Na dole stoi klasztor, przed wejsciem stos jaczych czaszek a na slonecznym dziedzincu wygrzewa sie niedzwiadek w solidnym “naszyjniku”. Mnich zaprasza, by poglaskac malucha, ale kto wie, moze jest tuz przed pora karmienia.
Wokol klasztoru, u podnoza gory, jak sprezysty, zielony dywan rozwija sie laka z tysiacem zoltych i fioletowych kwiatow. W dlugim szeregu lezy sterta starych, kamiennych plytek z napisami tybetanskimi. Ale te niczyje skarby maja swego straznika, bialego swistaka ktory biegnac niezadowolony, probuje wbic pazurki w moje mocne spodnie. Ustepujac pola fotografuje zabijake.
Przystajac co chwile by wyrownac oddech, wdrapujemy sie na wzgorze, starajac sie nie zaplatac w tysiacach choragiewek i nie wdepnac w swieta czaszke. Z wierzcholka, na ktorym sterczymy jak dwie swiece w kolorowym torcie, zagluszeni lopotem, obserwujemy okolice i zblizajaca sie w nasza strone wraz z granatowa chmura potezna sciane ulewy. Po chwili spadaja na nas z nieba hektolitry wody. Moze to kara za bezmyslne wejscie w mistyczna siec unoszacej sie z wiatrem modlitwy.
W strone Chengdu zabieraja nas czterej geolodzy, jubilerzy, a moze kamieniarze. Nie wiemy, bo w naszym esperancko-chinskim slowniku udalo im sie znalezc jedynie slowo “mineral”. Dwaj z nich, potezni muzulmanie, sami mogliby wypelnic tylne siedzenie, ale chinsko-muzulmanska goscinnosc kaze im znalezc tam jeszcze miejsce dla nas i karmic sowicie. Udaje nam sie cudem toczyc skomplikowane dyskusje. Interesuje ich religia, praca, podroz, Polska, wszystko. Kartki slownika fruwaja w ta i z powrotem, ida w ruch dlugopisy, bola od machania rece.
Panowie zatrzymuja sie w kazdej pienej dolinie i przeleczy. Dumni sa z tych gor i rzednie im mina, kiedy powoli zaczyna powracac chinski betonowy krajobraz, rozdrapane wzgorza i chmury pylu w brzydkich miasteczkach nad coraz brudniejsza rzeka. Taka wrazliwosc na piekno, to u Chinczykow rzadkosc.
Chengdu ma swoja mala, hutongowa dzielnice, ktora kurczy sie jednak w oczach, wypierana przez beton. W waskich uliczkach przy bambusowych stolikach wlasciciele z usmiechem polewaja herbate. Ludzie siedza przy filizankach, czytajac gazety, graja w szachy, madzonga i ... nie jedza!!! Ale w pobliskim parku, gdzie staruszkowie wychodza na spacer z ptaszkami, kroluja restauracje. A w uliczce tradycyjnych, choc calkiem nowych domow chinskich dolaczaja banki i sklepy z pamiatkowym kiczem.
Miasto jest olbrzymie i mamy uczucie, ze to jakis inny Sichuan. Nowoczesne samochody, szklo, stal i beton, zabiegani ludzie. W ubiorach powraca banal w zachodnim stylu, slonce swieci inaczej wiec ruszamy na polnoc do rzekomej perly prowincji - Jiu Zhai Go.
Byc moze park jest piekny, ale gdy wreszcie tam docieramy przytlaczaja nas niekonczace sie szeregi hoteli i gigantyczne parkingi z setkami wycieczkowych autobusow. Nie trzeba wielkiej fantazji by wyobrazic sobie tysiace zoltych i czerwonych czapeczek na sciezkach parku, wiec nie zatrzymujac sie wedrujemy w stone wylotowki.
Dwoch mlodych inzynierow zabiera nas do cudacznego miejsca w dawnych granicach tybetanskich. W zielonej dolinie stoja zurawie i betoniarki. Mezczyzni biegaja z taczkami, przenosza dlugie rury. Tu wlasnie Chinczycy postanowili zbudowac tybetanska wioske turystyczna. Rosna wiec jak na drozdzach kamienno-betonowe chalupy z olbrzymimi swastykami na frontowych scianach.
Posuwamy sie na zachod wzdluz rzeki. Gory rosna, laki zielenieja, zapominamy o betonie. Malomowny kierowca wlacza nam plyte z sichuanska muzyka i plyniemy wtopieni w skorzane siedzenia przez morze teczowych choragiewek. Niekiedy barwne, dlugie wstegi zwisaja scisle z kilometrowych lin jak fantastyczne ploty, gdzie indziej tworza kurtyny i sceny, czasem ukladaja sie w wigwamy, parasole, a czasem w male kapliczki.
W malej, tybetanskiej wiosce przylaczaja sie do nas mlodzi mnisi. Na ramionach niosa wypchane stylonowe worki po betonie, przewiazane linami jak plecaki. Ida do Lasy. Odpoczywamy razem na lace nad rzeczka, a potem namawiaja, bysmy szli razem z nimi. Pewnie beda nocowac w jakims malym klasztorze, ale ta laka zielona ...
Zatrzymujemy sie w miasteczku Luhu i z okna hoteliku kradniemy popoludniowe obrazki. Po uliczkach przechadzaja sie Tbetanczycy obwieszeni srebrem. Mezczyzni nosza wielkie pierscienie, dlugie na pol palca, ze sterczacymi koralami. Odkrywamy sklepy jubilerskie, ktore przypominaja male warsztaty kowalskie. Rzemieslnicy dosc topornie wycinaja ze srebra i zlota pierscienie a takze male kapelusiki, ktore zwykly tu nosic panie. W restauracyjkach wypieka sie “baby” – kukurydziane placki tybetanskie. Na rogach wiesniacy sprzedaja mleko jakow, tluste i pachnace. Wszedzie stoja stoly bilardowe. Eleganci w barwnych strojach i wielkich okularach slonecznych calymi dniami rozgrywaja niekonczace sie mecze. Mnisi prowadzaja sie za rece, przemykaja na “Harley'ach” ale ich glow nie zdobia eleganckie kapelusze lecz ”sluzbowe”, zolte czapki z dziwacznymi daszkami.
W drodze z Luhu do Ganzu mijamy wspanialy lodowiec, zielone, pelne kwiatow wzgorza, jaki i jurty. Zaopatrzeni w prowiant juz nastepnego ranka po przybyciu opuszczamy zakurzone, glosne Ganzu i wedrujemy w strone lodowca.
Tuz za miastem znika nagle kurz, halas i powraca w krajobrazie rownowaga. W cieniu glinianej chalupy odpoczywa rodzinka. Starucha kreci mlynkiem wielkosci arbuza a przy wejsciu do domu nad gigantycznym, srebrzystym „talerzem”, skupiajacym promienie sloneczne, gotuje sie w czajniku woda.
Z przyczepy wielkiego tira, dostrzegamy nasz lodowiec i walimy zdziwionym kierowcom w kabine. Nasz cel wydaje sie bliski, na wyciagniecie reki. Wchodzimy wiec razno w kwieciste laki i pniemy w gore ponad trzy godziny, to w deszczu, to w sloncu, raz po raz tracac lodowiec z oczu.
Gdy docieramy do pierwszej jurty, wieje niemilosiernie. Obszczekuja nas psy, pasterze wychodza z namiotow, podchodza cielaki jakow. Kobiety, zbieraja z laki suche i cienkie jak papier bydlece odchody, ukladajac je w stosy przy wejsciu do jurty. Tak poznajemy pierwszych i najblizszych sasiadow.
Kiedy sie troche przejasnia idziemy w stone slonca, az wreszcie pojawia sie lodowiec, piekniejszy i blizszy niz widziany z drogi. I tu stawiamy nasz namiot, z widokiem na piekna doline i trzy pasma gor, tych z lodowcami, tych jak zielone bochny chleba i wspaniala rozowa, skalista korone na wschodzie.
Kazdego ranka budza nas ciekawskie jaki. Te stare, z powaga nalezna wiekowi zachowuja dystans, ale mlode sa towarzyskie, odwazne i psotne. Kiedy nie patrzymy, podchodza i tracaja linki namiotu.
Choc wygladaja na ociezale jaki sa bardzo plochliwe i zwinne. Wystarczy klasnac by rozbiegly sie blyskawicznie jak stado kozic. Ale juz po chwili wracaja bezglosnie.
Codziennie nadjezdza konno sasiad, zeby sie przywitac, sprawdzic, czy wszystko w porzadku i czy oby na pewno nie ciagniemy za soba konkurencyjnego stada zarlocznych jak kosiarki jakow.
Drugiego ranka odwiedza nas kobieta z wioski w dolinie. Podziwia namiot szczerzac polyskujace w sloncu zlote zeby. Wszystko to takie male, lekki i cienkie. Pokazuje, ze marzniemy. Zaglada do torby z prowiantem i orzeka, ze rowniez glodujemy, wiec zaprasza nas na noc do siebie. Ale my nie zejdziemy w doline, jeszcze ni teraz.
Wojtek rusza w strone lodowca, ale znow nie docenia dystansu. Przy samotnej jurcie, lezacej zdawadawaloby sie tuz u podnoza gory, pasterz uswiadamia go, ze to jeszcze pol dnia wyprawy konnej. Mezczyzna jest zafascynowany zoomem. Z dziecinnym usmiechem oglada przez obiektyw laki, byc moze liczy jaki i konie.
Pogoda zmienia sie niemal co kwadrans. Fotografujemy jezor lodowca w coraz piekniejszym swietle. Marzniemy, to znow wygrzewamy sie w sloncu. Jest blogo i spokojnie ale konczy sie prowiant i baterie. Zwijamy wiec z zalem namiot i ruszamy w doline.
Po raz ostatni zachodzimy na sniadanie do jurty. Gospodarze czestuja nas “su ju ca” - herbata z jaczego masla i buleczkami mantou. Tutejsze jurty wygladaja biedniej niz mongolskie, ktore ocieplano filcem. Tu namioty sa cienkie i rzadkie jak sito. Przypominaja uczernione worki jutowe. Pod sciana sterta wysuszonych odchodow, na klepisku jedno lozko i kilka poslan na ziemi. Na glinianym piecu w wielkim, osmolonym garze gotuje sie woda.
Przed jurta siedzi gromada dzieciakow, bo mimo chinskiej “polityki jednego dziecka”, dla mniejszosci czyni sie ustepstwa. Dzieci sa ciekawskie, ale plochliwe. Nie wchodza do srodka, zagladajac jedynie przez “okno”. Najstarszy chlopiec ma szaty mnisie i ogolona glowe.
Gospodarz pokazuje nam kierunek. Mijajamy po drodze karawane jakow taszczacych dlugie deski. Nadjezdzaja trzej poganiacze na koniach i proponuja miejsce w siodle, ale zmierzaja w odwrotnym kierunku. Wygladaja jak kowboje i chyba sie z nas smieja. Pogawedziwszy nieco po polsku i tybetansku odchodzimy wreszcie, dlugo spogladajac za soba i wymachujac na pozegnanie.
Jezioro z dolu nie jest tak porywajace jak myslelismy. Nie widac stad rozowej korony gor u podnoza ktorych stoimy. Ale laka jest piekna, wiec wsrod przyjacielskich cielakow stawiamy namiot.
Przez pol nocy nie jest nam jednk dane zmrozyc oka, bo z pobliskiego klasztoru przez glosnik plyna w doline modlitwy, przerywane jedynie dlugimi wykladami starego mnicha. Tuz po swicie nadchodza psotne jaki, wiec trzeba wstac, zanim sie rozochoca. Pasterz z uznaniem przyglada sie blyskawicznej akcji zwijania namiotu. Wazy wszystko w rekach i cmoka ze zdziwienia, ze takie lekkie, albo ciezkie, kto wie.