Marzena, 2005-04-01

CHINY cz. 5 Yunnan (30.06-21.07.2004)

Po raz pierwszy w podrozy powracamy do znanego nam juz kraju. Wiemy wiec czego sie spodziewac, a jednak po miesiacu spedzonym w “bezludnym” Laosie zaskakuje nas nagle pojawienie sie tlumow ludzi i ton betonu. Rozluznieni, usmiechnieci, bez najogolniejszej chocby mapy, wchodzimy pewnie w te betonowa cywilizacje i nagle spada na nas nieobce nam przeciez, ale zapomniane uczucie, ze nikt nas tutaj nie rozumie. Czas schowac angielski na dno plecaka i odszukac w pamieci nieliczne, ale jakze cenne chinskie frazy.


galeria fotografii

Z opresji ratuje nas denerwujaca zazwyczaj, tym razem zbawienna, pewnosc Chinczyka, ze on wie lepiej czego potrzebujemy. Naganiajacy nas od samej granicy do dworca kierowca, z pomoca kasjerki sila niemal wpycha nas do autobusu i wywozi do, mamy nadzieje, wiekszego miasteczka, w ktorym mozna bedzie zakupic taki skarb, jak atlas samochodowy Chin.
Jakze inaczej wyglada krajobraz po tej stronie. Gorzysta ziemia wydarta naturze bez skrupulow do ostatniego metra, tarasy wspinajace sie po same szczyty, nieliczne drzewa, bambusy, olbrzymie, wielorodzinne drewniane chaty na palach, kryte ciezka dachowka z brunatnej gliny. Na polach zakolorowilo sie roznorodnoscia warzyw, kwiatow. Wioski, pola, wszystko to ciagnie sie nieprzerwanie, pewnie tylko miejscowi wiedza gdzie konczy sie jedna a zaczyna druga osada.
W malych miasteczkach, przy targowiskach mijamy goralki w tradycyjnych strojach, niekiedy w krotkich spodniczkach i grubych czarnych getrach, zawsze jednak w szykownych kapeluszach, choc czasem tylko w lisciach bananowca sprytnie zwinietych wokol glow. Mile zaskoczenie w tym najbardziej zmakdonaldyzowanym w Azji kraju.
Ta czesc Chin w niewielkim stopniu przypomina wschodnia, rozwinieta czesc kraju, pognebiona widmem budownictwa, przemyslu i przeludnienia.
Ale miasto do ktorego docieramy nie odstaje od chinskiego schematu. Z zamknietymi oczami znajdujemy obskurny hotel, bazar i plac na ktorym wieczorami staruszkowie cwicza, wymachujac wachlarzami i tanczac wspolnie, w identycznym, mechanicznie powtarzanym ukladzie. Tango przypomina tu skomplikowany przemarsz na szkolnych akademiach z lat osiemdziesiatych.
Otaczaja nas tlumy gapiow, a od tego zdazylismy juz odwyknac. Ludzie patrza bez skrepowania, z otwartymi ustami, glosno wymieniajac uwagi, wybuchajac nerwowym smiechem. Rodzice ciagna w nasza strone malcow by wydukaly “hello”, po czym odchodza zadowoleni z “konwersacji”.
Na placu przybazarowym zanosi sie na jakas oficjalna impreze. Ze wszystkich stron naplywaja szeregami sluzby mundurowe a kazdy taszczy ze soba plastikowy taboret. Prominenci nadjezdzajacy w drogich samochodach spogladaja na nas zaskoczeni. Nie bardzo jednak zainteresowani, ze swiadomoscia, ze podobnych defilad naogladamy sie tu jeszcze, odchodzimy, byc moze ku rozczarowaniu wielu gapiow.
W kraju dobrych drog powraca w miare sprawny autostop a wraz z nim wpinaczki na autostrady, ucieczki przed policja, ktora probujac pomagac za wszelka cene, zawsze szkodzi. Zwykle zatrzymuja sie biznesmeni lub komunisci, ci ostatni wciskaja znaczki Mao, wszyscy niemal kierowcy zapraszaja nas do restauracji.
Troska Chinczyka nie zna granic. Czy to policjant, profesor, czy rolnik, zatrzymuja sie, albo nadchodza widzac nas na drodze. To czy mowimy we wspolnym jezyku nie ma znaczenia, jak rowniez to czy ochotnik jest w stanie pomoc. Niezwykle cenna okazuje sie mapa, przynajmniej nie ma watpliwosci, ze chcemy sie przemiescic i latwo tez ustalic dokad. Bezowocnie jednak wypadaja proby wyjasnienia, ze autobus to nie najlepszy pomysl na autostop.
Niekiedy mapa robi wieksza furrore niz dwoch obcokrajowcow na drodze, szczegolnie gdy trafia w rece wiesniakow. Zdziwienie, wertowanie atlasu we wszystkie strony, nie pozwala watpic, ze wielu z nich widzi mape po raz pierwszy. Pewnego dnia Wojtek zartuje sobie z dwoch rolnikow, wskazujac na mapie Lase. Na mezczyznach wywiera to ogromne wrazenie, nie tylko z powodu odleglosci ale przede wszystkim z powodu powaznego w tych regionach religijnego znaczenie miasta. Po okolo 15 minutach analizowania map Yunnanu i Tybetu, chlopaki cegla rysuja na asfalcie cala trase do Lasy a potem angazujac do rozmowy rece wyjasniaja iloma autobusami, skad dokad, itd.
Podroz przez Yunnan to przede wszystkim podroz przez herbaciane, sloneczne wzgorza. Poszloby sie w taka herbaciana alejke, chocby do nikad. Yunan jest piekny, zielony, pachnacy, ale rozciety drapiezna, nowoczesna autostrada, ktorej trzecia czesc stanowia tunele i mosty.

Qi Jiang nadjezdza samochodem i zabiera nas na kolacje z przyjaciolmi, ktorzy towarzysza nam do konca pobytu w Kunmingu. Jedn z nich to policjant z wydzialu narkotykow. Pracuje jako tajny agent, wnika w siatki handlarzy, sprzedaje, kupuje towar i przymyka ludzi na szlaku Mjanmar – Hongkong. Zaprasza nas do swego domu. Policjantom zyje sie w Chinach niezle. Jego mieszkanie jest duze, nowoczesne i drogie. Cale osiedle policyjne wyglada identycznie, dookola ladnych blokow stoja niezle samochody.
Kunming jest przyjemnym miastem z niezwykle lagodnym klimatem, z powodu ktorego zwany jest “spring town”. Jak na wiosenne miasto przystalo, mieszkancy kochaja tu kwiaty, a szklarnie ciagna sie kilometrami na jego peryferiach.
Za dnia wloczymy sie po centrum, gdzie w parkowej altance emeryci parodiuja opere chinska, obserwujemy niekonczace sie rozgrywki madzonga Qi Jiang i jego przyjaciol. Wieczorami puszczamy nad jeziorem latawce, a w nocy wysiadujemy w knajpach ulicznych, przelewajac kufle piwa i wysluchujac opowiesci gospodarzy, przerywane runda olbrzymiej bambusowej fajki o srednicy 10 cm, do ktorej nie wklada sie tytoniu, ale papierosa. W ponurym switle latarni ulicznych mezczyzni w klebach dymu wydobywajacych sie z bamusowej rury przypominaja szamanow.

Duma Yunnanu sa dwa stare miasteczka Dali i Lijiang. Prawdziwa perelka (wpisana na liste UNESCO), choc zadeptywana przez tysiace turystow jest Lijiang, zalozone przez dynastie Song okolo 8 wiekow temu. Miasteczko przypomina nam nieco ukochana “Chinska Wenecje” (Zhouzhuang), choc przeplywa przez nie tylko jeden kanal. Pelne jest starych uliczek z tradycyjnymi chinskimi domami. W tych mniejszych, bocznych, wolnych od sklepow z pamiatkami, do ktorych docieraja tylko zblakani turysci, toczy sie spokojne zycie. Staruszki w lokalnych strojach, szczerzac swe czarne zeby, uciekaja sprzed obiektywow, ale panowie grajacy na chodnikach w szachy cierpliwie pozwalaja sie fotografowac.
W jednym z zaulkow odkrywamy warsztat niemal slepego introligatora. Zbliza nos do blatu stolika, ale to raczej sprawne, “widzace” wiecej niz oczy dlonie, pozwalaja mu precyzyjnie przycinac kartki. Fotografujemy go bardzo ostroznie, niemal bezglosnie, ale nasza obecnosc zdradza szcekajacy zajadle pies. Mezczyzna odrywa sie od pracy, kierujac w nasza strone niewidzace, schowane za grubymi jak denka od sloikow szklami oczy i jestesmy pewni, ze nas nie widzi, ale czuje. Robi sie niespokojny wiec pozostawiamy go czujac sie niezrecznie, przylapani w ten sposob.
Popoludniami miasteczko tonie w strugach deszczu. Turysci chowaja sie w restauracjach, sklepach i hotelach a tubylcy najspokojniej w swiecie rozkladaja olbrzymie parasole, nie przerywajac swychch codziennych czynnosci. Mokre miasteczko wyglada jeszcze piekniej, siadamy pod okapami i sycimy obiektywy obrazem ulic nieskazonych czerwonymi i zoltymi czapeczkami chinskich wycieczek.
Za zaslona deszczu, nad miastem prezy sie nieskazitelnie bialy, drapiezny szczyt Snow Hill (pow. 5500m).

W polowie drogi do tzw. (jedynie przez Chinczykow) Szangrili, wiedzacy lepiej kierowca, wysadza nas przy kafejce milej Australijki. Wlascicielka jak i jej kafejka wygladaja jak wyjete z lamusa. Tu zaczyna sie szlak do Tiger Leaping Gorge, najglebszego i najwezszego gardla wawozu Yangtse. Zostawiamy w kafejce plecaki i zaopatrzeni w male mapki ruszamy w kilkudniowa wedrowke po gorach.
Szlak ktorym od czasu do czasu wedruja nieliczni turysci, nalezy do gorali i ich koni. Caly czas towarzyszy nam piekna sylwetka Snow Hill. Czasem mijamy malenkie osady, a czesciej samotne chalupy, niektore funkcjonujace jako guesthousy. Pierwszy z nich mijamy juz po 2 godzinach marszu, ale widok z podworza jest tak piekny, ze postanawiamy zostac na noc. Drewniane domostwo, nalezace do rodziny z mniejszosci Naxi, zamyka w czterech scianach duzy dziedziniec, na ktorym suszy sie kukurydza. Ponad dachami gina we mgle, to znow odslaniaja sie i blyszcza w sloncu przepiekne sniezne szczyty, na ktorych tle lopocze dzielnie mala, czerwona flaga.
Nastepnego dnia nie bez trudu, waska, stroma sciezka, skrecajaca 25 razy, wdrapujemy sie na szyt o wysokosci 2600 m. Plynaca w dole Yangtse, cierpliwie przenoszaca w swym nurcie tony gliny, wije sie brazowa wstega.
Dopiero wieczorem docieramy do wawozu. Rano schodzimy w dol 3000 metrow pionowa sciana, ktorej niepewnie trzymaja sie metalowe schodki.Pod nami wsciekla Yangtse. Po sliskich, gigantycznych glazach przechodzimy na srodek rzeki. Dosiegaja nas kilumetrowej wysokosci fale, woda mieli sie w wirach, kotlach, roztrzaskuje z hukiem o kamloty. Nad nami klaustrofobiczne, kilometrowe sciany. Jestesmy w piekle.
Po poludniu wyruszamy marszem w 20 kilometrowa droge powrotna. Choc utwardzona i szeroka, nie wydaje sie byc bezpieczniejsza od waskiej stromej sciezki na gorze. Lawiny kamieni i blota sa tu codziennoscia. Na asfalcie leza swiezo opadle kamloty, powbijane w droge jak swieczki w tort. Idziemy szybko, rozgladajac sie i nasluchujac nieustannie. Przy wodospadzie mijamy martwego konia. Jego stan wskazuje na to ze spadl z gory, choc rownie dobrze mogly go zmiazdzyc, lezace wokol glazy. Kilka kilometrow dalej oberwalo sie pol drogi na odcinku ponad stu metrow. Chyba calkiem niedawno, bo ledwo zdazylo nadjechac kilka ciezarowek wywozacych gruz. Z sercem pod gardlem, przytuleni do sciany urwiska mijamy ten “fascynujacy” odcinek, modlac sie, zeby reszta drogi nie spadla do Yangtse razem z nami.
Poniewaz droga do wawozu zamknieta jest dla ruchu, mijaja nas tylko ciezarowki z gruzem i od czasu do czasu busiki. W miejscach gdzie wawoz schodzi doYangtse nieco lagodniej, a porosniete drzewami gory nie pozwalaja kamieniom tak latwo odpadac, pojawiaja sie nad rzeka pojedyncze chaty. Zwykle jednak brzeg upstrzony jest jedynie kamlotami.
U wejscia do miasteczka stoi opuszczona szkola. W sciane wbil sie srebrzacy sie w deszczu glaz wysokosci pietra, przypominajacy skala wyrzadzonych zniszczen meteoryt. Na dachu szkoly, dziedzincu, na podjezdzie leza mniejsze kamloty. Wszystkie niamal okna sa wybite. Ktoz odwazyl sie wybudowac tu szkole, ktora straszy teraz jak groteskowy pomnik ludzkiej glupoty?

By zwabic naiwnych turystow, autorytet chinski orzekl, ze w okolicach Zhongdien (pn.-zach. Yunnan) odnaleziono legendarna, tybetanska kraine – Szangrile.
Okolica jest rzeczywiscie ladna. W drodze mijamy przepiekne doliny, pelne kwitnacych ziol, jakow i owiec. Wsrod niebieskawych od kwiatow lak stoja biale tybetanskie chaty. Sciany rozjezdzaja sie u podstawy, jakby pod naporem przyciezkich dachow, zbudowanych z brunatnych dachowek przycisnietych setkami malych kamieni. Fronty domow, zasloniete jednak murami ogrodzen, zdobia bogate malowidla i rzezby. Okna maja piekne, drewniane okiennice. Tu i owdzie jak tecze powiewaja tybetanskie choragiewki.
Samo miasteczko Zhongdien nie robi najlepszego wrazenia, ale i tu wiekszosc stanowia Tybetanczycy. Na ulicach sprzedaje sie grzyby, ziola i stozkowate, wedzone sery, o imponujacym wygladzie, ale nieznosnym, kwaskowatym zapachu i smaku. W restauracjach kroluja tybetanskie potrawy. Sprzedawcy kusza ziemniaczanymi lizakami.
W starej, teraz koszmarnie brzydkiej czesci miasteczka, wszyscy burza swoje tradycyjne domy, by wybudowac nowe, choc nadal w tybetanskim stylu. Kobiety o ostrych rysach, w pieknych strojach, na ktore opadaja ciezkie warkocze, z zadowoleniam obserwuja uwijajacych sie wsrod gruzow mezczyzn. Pod nogami placza sie wielkie, czarne psiska z amuletami i kolorowymi wstazkami na szyjach.
Niedaleko Zhongdien znajduje sie miasteczko klasztorne. Kilka dumnie wznoszacyc sie na stoku tybetanskich klasztorow otaczaja liczne mnisie chaty. Pomiedzy nimi, waskimi alejkami przeciskaja sie mezczyzni i chlopcy w czerwonych strojach, z zoltymi czapami w ksztalcie irokezow. Starcy wygrzewaja sie w sloncu, oparci o gliniane mury swiatyni, mlodzi dyskutuja, smieja sie, przepychaja. Najwyrazniej cos sie wydarzy, bo wszyscy gromadza sie na dziedzincu.
Nagle rozlega sie dudnienie bebnow i wszyscy biegna w ich strone, pospiesznie wciskajac na glowy zolte czapy. Mnisi zaslaniaja wejscie do swiatyni, ale nie protestuja gdy zwiedzajacy zagladaja i wchodza do srodka. W trzech nawach w podwojnych rzedach, siedza zwroceni do siebie twarzami mezczyzni. Jedni trzymaja bebny inni traby. Wsrod intensywnego zapachu kadzidel rozlegaja sie przejmujace dzwieki instrumentow, a potem niskie, meskie glosy. Siadamy pod sciana i przymknawszy powieki wsluchujemy sie w hipnotyzujaca mantre. Ceremonia trwa bez konca. Niecierpliwi chinscy turysci zaczynaja krecic sie po swiatyni, przechodzac pomiedzy rzedami mnichow, pstrykajac z fleszy, chichoczac, rzucajac sie na kolana w poklonach, co dumny, ubrany w przepiekne szty mistrz wydaje sie znosic ze stoickim spokojem. Nie chcac jednak, by ci wscibscy ludzie a rowniez chwila gdy mnich straci swa anielska cierpliwosc, zepsuly nam nastroj w jaki wprawil nas obrzed. Po cichu wiec wymykamy sie ze swiatyni.
Tuz obok znajduja sie inne swiatynie, a w jednej z nich mezczyzni na rusztowaniach czyszcza gigantycznych rozmiarow, zloty posag Buddy, ktory wydaje sie od tych zabiegow chichotac. Z powodu prac, nikt sie tutaj nie modli, ale ciche sciany i przykurzone poduszki w nawach czekaja cierpliwie na powrot mnichow.
Nie wszyscy mnisi biora udzial w modlitwie. Wedrujemy pomiedzy malymi chatami. Tu i owdzie wala sie sciany, z dachu wyrasta bujnymi kepami trawa. Co jakis czas przemykaja mali chlopcy w czerwonych szatach i gdy docieramy do bialej pagody, nad ktora jak parasol rozposcieraja sie barwne choragiewki, odkrywamy sekret. W cieniu pagody grupka mnichow wcina lody.

Mimo deszczu postanawiamy wybrac sie do Deqin - miasteczka pod tybetanska granica. Przez kilka godzin posuwamy sie jedynie kilkanascie kilometrow i to glownie na nogach. Docieramy do jeziora Napa, ktore wlasciwie jest wielkim rozlewiskiem otoczonym pieknymi lakami. Jeziorko jest plytkie, przeciete kilkoma groblami, po ktorych przebiegaja parasole. W tym mokrym dniu widok taki nie jest nas jednak w stanie skusic.
Ciezarowka wyrzuca nas na skrzyzowaniu a ze leje coraz bardziej gruba kobieta szybko wciaga nas do przydroznej budy. I tak trafiamy w niezwykle, magiczne miejsce.
Sciany chaty wytapetowane sa chinskimi gazetami. Misterny mrok rozswietlaja jedynie dwa waskie okienka. Do wielkich miednic i dzbanow kapie z sufitu deszcz, ale jest cieplo, cicho i bezpiecznie. Pod sciana stoja stare, trzeszczace kanapy, dookola armie czajnikow do “su ju caj” - pysznej tybetanskiej herbatki z jaczego masla. Siadamy na miekkiej, podartej kanapie pod oknem, tuz kolo zelaznego piecyka. Kobieta bez slowa stawia na palenisku wok i gotuje w nim herbate. Potem wlewa ja do drewnianego naczynia, dodaje kilka lyzek masla i ubija dlugo. Wreszcie podaje nam herbate w kamiennym dzbanku, a na glinianej miseczce stawia make kukurydziana jako przekaske. Zaklejamy sie wiec kukurydza i z roskosza przepijamy ja pozywnym, pachnacym maslem napojem, rozgrzewajac jego cieplem przemarzniete dlonie.
Kobieta przez caly czas sie usmiecha, przygotowujac nam coraz to nowe porcje herbaty. Nie zagaduje, tylko tym swoim cieplym glosem opowiada cos przygladajacej sie nam z zaciekawieniem rodzinie.
Wzmocniwszy sie zyczliwoscia gospodarzy, cieplem starego, zelaznego piecyka i tysiacami kalorii tlustej herbaty, wychodzimy w jeszcze wiekszy deszcz i natychmiast lapiemy stopa z powrotem do miasta.

Po kilku dniach ulewy wsiadamy wreszcie w lokalny autobus, ktory ma nas przeniesc niewiele ponad 200 km, ale juz do sasiedniej prowincji – Sichuanu. I tu autostopowa intuicja nas nie zawiodzi. W ciagu 10 godzin jazdy fatalnymi, ale pieknymi gorskimi drogami, mija nas tylko jeden pojazd - konkurencyjny autobus.
© www.naszawyprawa.com

galeria fotografii





Platforma handlowa