LAOS cz. II (20.06-29.06.2004) Autobus mial ruszyc o 15.oo, wyjezdzamy po dwoch godzinach. Niepunktualnosc Laotanczykow dawno przestala nas zloscic i dziwic. Tym ludziom nigdzie sie nie spieszy, ale nam przeciez tez. Ze stoickim spokojem czekamy wiec trzy godziny, zanim zapelni sie lodka do wioski Muang Ngoj. Najprawdopodobniej godziny oznaczone na rozkladach, ktore tu mimo wszystko istnieja, oznaczaja poczatek gromadzenia sie pasazerow, albo tez godzine, przed ktora lodz na pewno nie odplynie, a autobus nie odjedzie.
Waska, dluga lodka z silnikiem Mercedesa zatrzymuje sie przy kazdej przywiskowej przystani, a czasem w odludnym miejscu, przy ledwo widocznej sciezce. Bosy chlopak wyskakuje z pustym workiem, znika w dzungli i zanim pasazerowie skoncza papierosa, wraca z workiem pelnym dojrzalych ananasow.
Muang Ngoi jest mala, pieknie usytuawana nad brzegiem rzeki Nam Ou wioska. Tuz przy przystani dwaj mezczyzni gotuja zupe z weza. Mijamy ich, zajmujemy pierwszy z brzegu bungalow i trafiamy najpiekniejszy widok w wiosce, widok na zakole rzeki, na gory, przystan, gdzie mijaja sie rybackie lodki a wieczorem kapia wszyscy mieszkancy.
Tego popoludnia nie udaje nam sie obejsc okolicy. Na sciezce zatrzymuje nas rudy Francuz, pol-Rosjanin, mieszkajacy od lat w Luang Prabang. Siadamy na macie i zaraz czestuja nas gotowa juz zupa z weza i lokalna wodka ryzowa, zwana „lao lao”. Mlody Laotanczyk, dumny producent wody ognistej, demonstruje jak mocny jest jego trunek. I rzeczywiscie, podpalony bimber plonie przez dobrych kilka minut.
Przyjemnosc rozmowy z Laotanczykami wynika z ich latwosci w nawiazywaniu kontaktow, swobody zachowania, naturalnym zainteresowaniu obcymi, braku kompleksow, sluzalczosci, ale przede wszystkim, braku natarczywosci. Rozmowa plynie leniwie i zmierzch zastaje nas na macie. Wlasnie wlaczono agregator w wiosce, wiec wszyscy wstaja i ida nacieszyc sie elektrycznoscia, ktora bedzie plynac do bambusowych chat jedynie przez dwie godziny.
Rano budzi nas dzwiek bebnow z miejscowego watu. Ale coz to za uczta dla ucha. Mnich ma niezwykle wyczucie rytmu, byc moze zrobilby kariere perkusisty. Postanawiamy wstac jutro wczesniej, by posluchac z bliska.
A dzis wybieramy sie do jaskini i okolicznych wiosek. Sciezka prowadzi poczatkowo przez duszna i ciasna dzungle. Bycie w srodku tej zielonej, nieposkromionej masy, chocby i na sciezce, przyprawia o dreszcze. Pod nogami wija sie niezliczone gatunki odrazajacych robakow, szlaki mrowek we wszelkich mozliwych rozmiarach i barwach przecinaja sciezke co kilka metrow.
Dzungla cuchnie stechlizna. Blyskawiczny rozklad towarzyszy rownie gwaltownemu wzrostowi. Tu w srodku, zielen traci ten piekny polysk, mieszanine slonca i lisci, widziana z zewnatrz.
Ale piekne motyle upodobaly sobie to wlasnie mroczne miejsce. Fruwaja calymi chmurami, przysiadaja na rozmoklej glinianej sciezce, na naszych glowach i dloniach.
I tak w uroczym towarzystwie docieramy do rzeczki, majacej zrodlo w niewielkiej jaskini. Wchodzimy do chlodnego wnetrza. Woda jest nieskazitelnie przejrzysta. Kamienie wydaja sie lezec tuz pod powierzchnia, ale kiedy zblizamy sie do lodowatego zrodla, woda siega nam ramion. Splukujemy z siebie nieprzyjemne wrazenia z mrocznej dzungli, odsylajac je wraz ze strumieniem do zgnilozielonego piekla.
Wychodzimy na przestronne pola i kluczymy po biegnacych w nieprzewidywalnych kierunkach sciezkach-miedzach tarasow ryzowych. Mijamy krowy przydzwaniajace luskami pociskow. Nad rzeka kobieta i dziewczynka poluja na zaby, a chlopiec w masce nurka rzuca cierpliwie mala siec rybacka, sam znikajac zaraz potem pod woda. Robotnicy polni odpoczywaja w cieniu bambusowej budy, patrzac lakomie na kolege, ktory wlasnie robi kielbase, napychajac do jelita mieso przez lejek wykonany z lyzki.
Wioski przypominaja nam polnocny Wietnam, ale sa tu znacznie czystsze. Bambusowe domy na palach stoja przy glinianej drodze, ktora wychodzac z wioski, natychmiast zamienia sie w poplatane, waskie sciezki, po ktorych wedrowac mozna jedynie gesiego.
Ludzie wysiaduja w cieniu chat i drzew. Czasem mijamy kogos na drodze, z rzadka ludzi pochylonych nad zajeciami, o powolnych, kocich ruchach, pracujacych bez pospiechu. Pozorny bezruch nie dotyczy tylko sjesty. Idac przez pola, dzungle, czy nawet miasteczka, niezaleznie od pory dnia, nie spotyka sie pospiechu, nerwowych ruchow, klotni.
W jednej z wiosek wychodzi nam na spotkanie stara kobieta, bedaca wcieleniem gracji. Ma na sobie zniszczona, ale zmyslowa bluzke na ramiaczka i tradycyjna spodnice. Glowe owija bialy turban, lekko odslaniajac zaczesane gladko, siwe wlosy. Jakby swiadoma swego czaru, zstyga przed obiektywem, dzierzac w wytatulowanych rekach dlugi ostry noz, ktorym przed chwila ciela lodygi bambusa. Kiedy opuszczam aparat, modelka podnosi reke z zadaniem zaplaty.
Bosonogie dzieci pedza w dol, w strone rzeki. Przystaja na widok aparatow i przepychajac sie, zaczynaja pozowac. Idziemy za nimi i po chwili wita nas uroczy obrazek. Trzy dziewczynki w granatowych sarongach kapia sie w rzece. Chichocza, bezskutecznie probujac ukryc sie nurkujac w zbyt plytkiej wodzie. Wskazuja nam bezpieczny brod, tuz za melnka elektrownia wodna.
Na polu za rzeka dzieci bawia sie lepiac gliniane kule. Inne scigaja sie pchajac drewniane taczki, pelne malych, zwykle nagich pasazerow.
Na sciezce prowadzacej do kolejnej wioski lezy nieruchomo sporych rozmiarow waz. Moze wygrzewa sie w sloncu, moze nie jest jadowity? O wezach mamy mgliste pojecie. Zdazylismy sie jednak przekonac, ze w Laosie jest ich sporo, a do ulubionych zajec nalezy najwyrazniej spadac nagle z galezi drzew, tuz obok przechodnia.
Stoimy jak zahipnotyzowani, bo nie mamy nawet kija, zeby go przepedzic. Po chwili z wioski nadchodzi ratunek. Dwie dziewczynki, smiejac sie popychaja gada, demonstrujac, ze jest martwy. Nieco jeszcze powatpiewajac, przechodzimy ostroznie obok denata.
Wioska, ktorej dostepu strzegl martwy waz, jest znacznie przestronniejsza od poprzednich. Kilkadziesiat chat stoi w kregu, otaczajac wielkie, wspolne podworko. Chaty sa bardzo duze, w wiekszosci drewniane. Na jednej z nich bieli sie nawet talerz anteny satelitarnej. Wysoko, przez cala szerokosc wioski rozpieto delikatna siec. Dostrzegamy kilka barwnych motylich skrzydel uwiklanych w pulapke.
W jednym z okien, wysoko, bo i chata jest wysoka, kobieta pochyla sie nad maszyna Singera. Pewnie jest krawcowa dla wszystkich okolicznych wiosek.
Choc wioska niewatpliwie nalezy do bogatszych, rowniez i jej mieszkancy wydaja sie bezustannie odpoczywac. Zatem nie nadzwyczajana pracowitosc jest przyczyna bogactwa. Moze stada gesi i liczne prosieta?
Do naszej chatki wracamy tuz przed zmierzchem. Cala wioska schodzi do rzeki na wieczorna toalete. Kobiety myja sie, sprawnie manewrujac sarongami, ktrore calkowicie zaslaniaja intymne czesci ciala. Piana z mydla, szamponu i pasty do zebow wedruje w dol rzeki. Rozgarniajac jej resztki, kobiety w wodzie ubrania. Koszulki, sarongi i spodnie same sie piora, owiniete wokol nog tak, by nie porwala ich woda, wyplukujaca codzienna porcje kurzu i potu.
Toaleta trwa i trwa. Laotanczycy traktuja sprawy higieny powaznie. Ludzie stercza w wodzie, ustepujac od czasu do czasu miejsca, powracajacym lodkom. Slonce zaczyna znikac, w coraz slabszym swietle ludzie wygladaja magicznie. Chowam aparat, rozbieram sie i wsrod chichotow wchodze do wody. Komicznie wyglada moje blade cialo ze spalonymi sloncem stopami, rekami i twarza. Zaluje, ze nie mam sarongu, ale nie mam prawa sie zloscic. Tak cierpliwie pozwalali sie fotografowac, niech i oni maja rozrywke.
Kolejnego ranka budza nas nie bebny, ale potezne wybuchy. Przez chwile, pol sniac, pol na jawie bije sie z myslami o wedrowkach w czasie, o wojnie i ze tak, czy inaczej Amerykanie maja cos wspolnego z tym nieznosnym hukiem.
Do wioski przyplynelo UXO LAO (rzadowa organizacja ds. rozbrajania niewypalow). Przez pol dnia wysadzaja niewypaly tuz za watem. Wojtek biegnie z aparatem, ale przy kazdym drzewie stoi uzbrojony straznik i odmawia wstepu do dzungli.
Zdaje sie, ze i tutaj widzielismy jakies luski, wiec idziemy dokladniej przyjrzec sie naszej wiosce. Kazdy lubi miec tu bombe w obejsciu, wiele domow wspiera sie jeszcze na stalowych palach. Sa tez schody z duzych lusek, z mniejszych plotki, wzmocnienia. Zelastwo wtapia sie w krajobraz, rdzewieje, znika pomalu, ale problem wciaz przypomina o sobie z dzungli takimi odglosami jak dzisiejsze. Miejscowi opowiadaja, ze przed paru laty zdetonowano po drugiej stronie rzeki kilka dwutonowych bomb lotniczych.
Wieczorem pojawia znajomy producent „lao lao”. Teraz jednak zamiast butelki, dzierzy w dloniach metrowy fragment weza o grubosci meskiego uda. Podobno to anakonda. Upolowali ja w rzece. Wydawalo nam sie, ze anakondy bywaja tylko w Ameryce Poludniowej, ale nie dyskutujemy, bo nie znamy sie przeciez na wezach, no i ten tu okaz jest tylko fragmentem bez glowy.
Gad mierzyl ponoc 7 metrow. Nadbiegaja ludzie z miskami i z widocznym podnieceniem zaczynaja cwiartowac mieso. Chlopak mowi, ze taki okaz to rzadkosc, to znaczy nielatwo jest zlowic tak dorodna sztuke, ale w rzece bywaja wieksze. Przechodzi nam ochota na wieczorna kapiel.
Dajemy sie namowic parze Austriakow na wspolna wyprawe w gore rzeki, do miasteczka Muang Khua. Publiczna lodka plynie raz na kilka dni i nikt nie wie kiedy przypada najblizszy kurs. Dogadujemy sie z wlascicielem lodzi prywatnej.
Silnik wymontowany z Toyoty ma 120 koni mechanicznych. Nie plyniemy, ale fruniemy nad woda. Jest przerazliwie glosno, i choc krzyczymy do siebie, nie slyszymy nic oprocz motoru.
Rzeka plynie wawozem, okolica jest ladna, swiatlo doskonale, nie pada deszcz, ale predkosc nie pozwala na kadrowanie. Obrazy gwaltownie przesuwaja sie przed oczami a metrowe fontanny rozbryzgiwanej wody tworza nieprzejrzyste kotary. Mozemy patrzec jedynie przed siebie, jak konie. A tam jak na zlosc bardzo wyraznie widac wiry, lachy, glazy, spietrzenia, wsciekla rzeke. Zamykamy z przerazeniem oczy i podskakujemy gwaltownie na falach. Najwyrazniej trafil nam sie bardzo doswiadczony przewoznik, bo mija wszystkie przeszkody bez pudla, z predkoscia naddzwiekowa,.
Po dwoch godzinach udreki, z dudnieniem w uszach i nieustannym kolysaniem w glowie, zamiast do raju obiecanego, docieramy do najbrzydszego miasteczka jakie widzielismy dotychczas w Laosie. Postanawiamy jechac prosto do Oudomxai natychmiast.
Pod sklepem Laotanczycy informuja, ze dzis juz autobusu nie bedzie. I wtedy wlasnie pickup pojawia sie na skrzyzowaniu. Wsiadamy na pake i zajezdzamy pod okienko z biletami, dziesiec razy na przystan, sprawdzic, czy nie przyplynela jeszcze jakas lodka. Po godzinie znamy juz swietnie rozklad uliczek, a po dwoch, wszystkie mozliwe potrawy na bazie ryzu i banana serwowane w miescie, a takze cala game smakow soku z trzciny cukrowej. Po trzech godzinach, znajac juz niemal cala historie podrozy naszych towarzyszy z Austrii, ruszamy wreszcie.
Droga meandruje wzdluz waskiej, malowniczej rzeki, ktora niczym deja vu powtarza na zakolach wciaz te same obrazy. Lachy, bambusowe domki na stoku, dzieci lapiace ryby.
Znow mijamy prymitywne wioski z bambusowymi chatami na palach, bosymi lub calkiem nagimi dziecmi, bawiacymi sie na glinianej, niemilosiernie zakurzonej drodze.
Wioski roznia sie jednak miedzy soba jakims drobnym szczegolem w konstrukcji domow, zdobieniami, ktore w tym powtarzalnym krajobrazie nadaja im pewnej oryginalnosci. W jednej z nich wszystkie domy maja niezwykle kolorowe okiennice. Kazdy dom w innych zywych barwach spoglada na droge, jak przyciezkie oko modelki reklamujacej kosmetyki do powiek. Byc moze to miejsce nazywa sie wlasnie Wiaska Kolorowych Okiennic.
W hoteliku w Oudomxai poznajemy Singapurczyka, ktory przez Chiny i Nepal jedzie na rowerze do Indii. Chce dotrzec do Dalaj Lamy i pracowac jako wolontariusz wsrod uciekinierow z Tybetu. Nastepnego dnia mijamy go na drodze. Patrzymy jak wolno pedaluje pod gorke i jesli kiedykolwiek mielismy pomysl, by podrozowac na rowerze, teraz nabieramy pewnosci, ze niegdy przez gory.
Do Luang Nam Tha docieramy wiec pickupem i juz nastepnego dnia utwierdzamy sie w przekonaniu, ze do roweru trzeba miec duzo cierpliwosci. Pedalujemy na ciezkich rowerach po okolicznych, nieciekawych wioskach i wyschnietych progach rzecznych, szumnie nazywanych wodospadami. Az dziw, ze chinczycy wyprodukowali te rowery, bo w zaleznosci od tego czy podniesiemy czy opuscimy siodelko, brakuje nam nog albo rak. I jakos nielatwo wyobrazic sobie Chinczyka, ktory by siegal do kierownicy lub pedalow.
Nieco zawiedzeni jedziemy dalej, do Muang Sing, z wielka nadzieja na folklorystyczny bum. W denerwujacej ciszy pasazerowie przygladaja sie zalegajacym droge glazom, ktore calkiem niedawno oderwaly sie od scian wawozu. Gratulujemy sobie, ze nie wsiedlismy w najwczesniejszy autobus i w tym mieszanym nastroju wjezdzamy do miasteczka jeszcze brzydszego niz Luang Nam Tha.
Po poludniu wybieramy sie na spacer i kiedy tylko wychodzimy z miasta, robi sie dookola ladnie. Okolica lezy w milej dolinie. Dookola, az po same gory, ciagna sie pola ryzowe, czasem pojawia sie jakas urocza wioska, ale bez kolorowych wariactw. Trafiamy do watu z posagiem niezwyle grubego Buddy. Wielki brzuch chroni niebezpiecznie pochylona do tulu postac, przed runieciem za postument. Przy pompie mnisi z nagimi torsami piora swoje jaskrawo-pomaranczowe szaty, od krych ciezko oderwac wzrok.
Chcemy isc dalej, pod chinska granice, ale zrywa sie tropikalna ulewa. Leje bez konca a my wciaz sterczymy pod przeciekajacym drzewkiem liczac, ze waz nie zechce rzucic nam sie zlosliwie na szyje. Cierpliwie znosimy kpiace usmiechy wiesniakow, idacych pod parasolami lub w „przeciwdeszczowych” stozkach.
W tropikach, w porze mokrej nie nalezy spogladac w niebo, oceniajac czy bedzie padac, czy nie, chocby blekit nad nami byl nieskazitelny. Zawsze spadnie deszcz. Wreszcie po godzinie, doszczetnie juz przemoczeni, decydujemy sie wejsc w sciane wody. Idziemy dzielnie, stwierdzajac, ze deszcz jest calkiem cieply i nawet niebo jakby jasniejsze. A to dlatego, ze teraz wlasnie, slonce zaczelo wygladac zza chmur. Wyzymamy ubrania i zanim docieramy do miasta znow jestesmy susi.
Kolejnego dnia zrywamy sie z lozek o swicie i pedzimy na oslawiony targ poranny, ktory zaslynal niegdys jako jeden z najwiekszych w kraju targow heroinowych. Dzis maja sie tu spotykac ludzie z gorskich mniejszosci, mieszac jezyki niczym na wiezy Babel.
I spotykamy. Kilka pan w laotanskich spodnicach, niedbale zawinietych wokol glow kolorowych chustach i chinskich podkoszulkach. Jezykow rozeznac nie mozemy, bo znamy ledwie kilka laotanskich slow. Czy zbyt wiele oczekiwalismy majac wciaz w pamieci targi w polnocnego Wietnamu, mieniace sie niczym tecze kolorami bogatych goralskich strojow, gdzie stragany uginaly sie pod ciezarem pieknych wyrobow rzemiosla ludowego, tkanin, ryzowego papieru, gor brazowego cukru, ziol i tytoniu.
Tu budy strasza tandetna chinszczyzna. Ceny paralizuja niedorzecznoscia, bo odrobina ryzu ma tu najwyzsza cene w calej chyba poludniowo wschodniej Azji.
W kazdym razie sprzedawcy heroiny podtrzymuja niechlubna tradycje po dzis dzien, choc niewatpliwie na mniejsza skale i w wiekszej konspiracji.
Pozolkla kartka na scianie guesthousu ostrzega nas mieszanina uprzejmosci i stanowczosci o wysokich karach za palenie w pokoju opium, haszyszu i marihuany. Policja, czytamy dalej, przychodzi na wizytacje kazdej nocy (nie przyszla). A wiec nie tylko heroine mozna kupic na targu.
Snujac sie pomiedzy budami sprzedawcow dostrzegamy nagle mezczyzne bez twarzy. Jest niemal wklesly. W miejscu nosa i oczu zieja trzy ciemne dziury, choc zdaje sie, ze jakims cudem zachowal galke oczna, bo sprawnie porusza sie w ciasnych uliczkach bazaru. Nie ma tez ust, a z kolistego, olbrzymiego otworu wystaja polamane resztki zebow. Albo ktos pozbawil go twarzy maczeta albo tez bomba wybuchla mu tuz pod nosem.
Widok jest wstrzasajacy i nawet przelotne spojrzenie powoduje niemal fizyczny bol i nudnosci. Trudno uwierzyc, ze z takim kalectwem czlowiek ten nadal zyje. Uciekamy z bazaru, uciekamy przed jego widokiem.
Kolejny ranek wita nas slonecznie, ale nie daje sie oszukac i chowam do plecaka deszczowke. Wybieram sie na samotny spacer po wioskach na poludnie od miasteczka. Wlasciwie nie wiem, czy sa tam jakies wioski, ale gliniana droga przez dzungle powinna prowadzic do ludzi.
Po godzinie docieram do pierwszej wioski, ktorej wejscia strzeze wielki wat. Droga prowdzi wprost przez dziedziniec. Swiatynia jest bardzo skromna, ale tym co wyroznia ja sposrod setek podobnych sa niewatpliwie wspaniale pomalowane sciany zewnetrzne. Od fundamentu po dach straszy swoim buddyjskim wyobrazeniem pieklo (???). Tonacy w czerwieni ognia i krwi aniolowie zemsty przebijaja potepiencow dlugimi nozami albo wpychaja im w usta weze.
Dookola ani zywej duszy. Milczacy wat, milczaca wioska, puste chaty. Na sznurach susza sie barwne spodnice, z tarasow zwisaja pomarszczone warzywa. Na jednym z podworek wygrzewa sie pies ale gdy przechodze obok nie zwraca na mnie uwagi,.
Mimo niecheci do dzungli skrecam w waska, ale wciaz wyrazna sciezke a po chwili w jeszcze wezsza, bo zza zielenej sciany dochodza glosy ludzkie. Wychodze w otwarta przestrzen, na pole. Tuz przy lesie stoi bambusowa chata. Pod rozlozystym drzwem, przy dlugiej lawie siedza na pienkach ludzie i machaja, zapraszajac na ryz. Przysiadam sie, a po chwili wylaniaja sie z chatki kolejne rozesmiane panienki w kolorowych turbanach. To chyba ludzie z mniejszosci Akha. Mlodej kobiecie, z dekoltu luznej koszulki wymyka sie dorodna piers, ale ona nic sobie z tego nie robi, idzie w pole, nie zwazajac na mnie, na dzieci, na mezczyzn. Ten naturalny widok nikogo tutaj nie dziwi. Niegdys kobiety Akha odziewaly sie tylko od pasa w dol, ale kilka lat temu rzad nakazal zakrywac takze gorna czesc ciala. Widac dla swietego spokoju zakladaja koszulki, ale nakazy nie wytworzyly w nich poczucia wstydliwosci na punkcie tej od wiekow niezakrywanej czesci ciala.
Wiesniacy tlumacza zeby dalej nie isc, bo tam sa tylko pola. Zawracam wiec i wchodze w wyrazniejsza droge, kiedy wlasnie zaczyna lac. Grzeznac w lepkiej glinie, z uczuciem, ze na podeszwach sandalow ciagne za soba cala droge, zaczynam watpic, ze dotre gdziekolwiek. Kiedy juz postanawiam wracac znow docieraja do mnie odglosy osady.
Nieduze, drewniane chaty z wspanialymi, trzcinowymi dachami, opadajacymi ciezko do samej ziemi tona w strugach deszczu. Obok mokna baterie sloneczne zatkniete w ziemie na stalowych pretach. Ludzie pochowali sie przed deszczem.
Pod jednym z okapow haftuje staruszka. Obok siedzi niemowle i zalosnie placze. Kiedy macham do niego przestaje plakac, wiec babcia zaprasza mnie na lawke. Chetnie przsiadam obok, ale kobieta natychmiast znika w domu i szybko powraca z inkrustowana, mosiezna bransoletka. Probuje mi chyba wyjasnic, ze jesli ja od niej kupie, bedzie mogla zaszczepic dziecko, zeby wiecej nie plakalo. Bransoletka jest ladna, historyjka wzruszajaca, ale ja nie mam przy sobie pieniedzy, wiec speszona odchodze w deszcz.
Dzis mija nam pierwszy rok w drodze. Jutro wracamy do Chin. Wejdziemy wiec w rok kolejny zataczajac swoista petle. Petle azjatycka.